Słońce ześlizgnęło się po zjeżdżalni rannych zórz, gnąc chmury w kukułki origami. Poruszone owacjami stojących wpadło w kąt ruin Zamku, tworząc wyśnioną dekorację do generalnych prób. Na balkonach rozkładano waniliowy zapach. Topiony w cieple kaloryferowej instalacji moczył tekturowe łącza i przemieniał cukier. Aura pośpiechu pchała na potknięcia.
Tutaj nie jest miejsce do zabawy! –krzyknął Portorus.
Ale my się bawimy! –zawołał Dominik.
Tutaj! –dodała Iga.
My pracujemy! –stwierdził Mczyk.
A nie wy się bawicie! –zauważył Szałek.
Idźcie do Lasu Bobrowego!
Albo do ruin Zamku!
Albo na łąkę! –dorzuciła Porfiria.
Albo sobie idźcie!
Ale… -mruknął Taran.
Żadnego! –krzyknął znowu Portorus.
Ani jednego?!
Ani!
No bo tutaj jest miejsce dzisiejszej przygody! –zawołała Hechra.
Tam nie może? –zapytał Porfiry.
Nie…
A tutaj nie ma mowy! –stwierdził Mczyk.
Właśnie! –dodał Szałek –Nawet mowy nie ma!
Wiatr gonił rozproszone obłoki, zapędzając je nad środek dołu. Potem zaczął wtykać w nie rozrzucone wiązki promieni, by stworzyć pozór schowanego za chmurami słońca.
Karo… -szepnęła Porfiria.
Ty nic nie robisz… -zauważył Porfiry.
Może mogłabyś ich… -powiedział Mczyk.
Popilnować? –zapytał Szałek.
Ależ oczywiście popilnuje! –zawołała Kara.
Ale mamo… -mruknął Dominik.
Tak?
Ciebie nie ma w naszej przygodzie… -stwierdziła Iga.
Nie, nie ma –dodała Lilia.
Skoro nie ma, to zajmę was czymś innym –powiedziała Kara.
Ale czym? –zapytał Taran.
Właśnie, „Ale czym?”? –dodała Lilia.
Hm… może wam coś opowiem?
Ale co?
Właśnie, „Ale co?”?
Dowcip! –zawołała Hechra.
Nie dowcip –odparła Kara.
Anegdotę? –zapytał Salar.
Nie anegdotę.
Historię swojego życia?
Nie historię mojego życia.
Więc co?! –zapytał Hektor.
Właśnie, „Więc co?!”? –dodała Lilia.
Bajkę –powiedziała Kara –Opowiem wam bajkę.
W pewnym małym gospodarstwie, między dwoma dużymi żyła sobie Świnka. Mieszkała w chlewiku razem z innymi świnkami lecz bardzo się od nich różniła. Gdy przychodziła pora spożywania pokarmu Świnka odsuwała się od koryta i chowała w najciemniejszy kąt chlewika.
Dlaczego nie jesz? –pytały ją inne świnki.
Nie jestem głodna –odpowiadała.
Ale nie dlatego Świnka odsuwała się od koryta. Nie mogła jeść, ponieważ była zakochana. W dodatku najnieszczęśliwiej na świecie. Świnka lubiła przesiadywać na pastwisku. Niedaleko niego deszcz uformował bajorko, w którym wylegiwały się inne świnki. Świnka nigdy im jednak nie towarzyszyła. Wolała nie słuchać rozmów o spacerach w świetle księżyca, miłosnych wyznaniach i planach na przyszłość. Zwykle, kiedy tak siedziała odwiedzał ją jej serdeczny przyjaciel.
Dzień dobry, Eugeniuszu! –kwiknęła wesoło Świnka, widząc że i tym razem Ptaszek skrada się w jej kierunku.
Dzień dobry, Augustynko! –ćwierknął Eugeniusz –Jak się masz?
Jak zwykle… -odpowiedziała Augustynka –A ty, jak się czujesz?
Zupełnie nieźle!
O!
Wyobraź sobie, Augustynko, poznałem kogoś!
Kogo?
Kogoś takiego, jak my!
Ojej! Naprawdę?
Eugeniusz przysunął się do Augustynki, gestem dając jej do zrozumienia, żeby przybliżyła swoje ucho do jego dzioba.
Wieczorem mógłbym ci go przedstawić –szepnął –Będziesz mogła się wymknąć?
Myślę, że nie powinno być problemu –odparła Świnka –Na pewno się przecisnę.
Eugeniusz zmierzył przyjaciółkę zatroskanym wzrokiem.
Och Augustynko! –ćwierknął –Dziś wyglądasz jeszcze mizerniej niż wczoraj! Naprawdę musisz zacząć jeść!
A ty musisz zacząć latać! –kwiknęła Świnka i spojrzała wymownie na Eugeniusza, który natychmiast zakrył głowę skrzydełkiem –Ojej, przepraszam, Eugeniuszu, nie chciałam być niemiła…
Nie jestem zły na ciebie, Augustynko… -powiedział Eugeniusz –To straszne, że nie latam! Czy to w ogóle możliwe, żeby ptak nie latał?
A czy to możliwe, żeby świnia nie jadła? –zauważyła Augustynka i trąciła ryjkiem Eugeniusza, który od razu opuścił skrzydełko i odsłonił głowę.
Do zobaczenia wieczorem! –zawołał i podreptał w stronę lasu.
Słońce powoli znikało za widnokręgiem. Augustynka usiadła w kąciku chlewika i udając, że śpi przymknęła powieki. Kiedy inne świnki zasnęły zbliżyła się do krat i przecisnęła przez ich szpary. Bezszelestnie otworzyła ryjkiem drzwi stodoły, wyszła na podwórze i pobiegła w stronę pastwiska. Eugeniusza jeszcze nie było więc usiadła w swoim ulubionym miejscu i pogrążyła się w zadumie.
Jaka cudowna noc… -westchnęła.
Podparty na czubkach kilku topoli księżyc przesłał w jej stronę snop jasnego światła.
Augustynko!
Eugeniusz? –kwiknęła wystraszona Świnka –To ty?
Tak, to ja –odparł szeptem Ptak –Czy wokoło jest wystarczająco bezpiecznie?
Augustynka rozglądnęła się po pastwisku.
Moim zdaniem jak najbardziej! –stwierdziła.
Wspaniale! W takim razie wychodzę! –powiedział Eugeniusz i wyskoczył zza górki leżących szyszek.
No i? Przyprowadziłeś go? –zapytała podekscytowana Augustynka.
Och, tak! –ćwierknął z przejęciem Eugeniusz –Jest w zaroślach!
W zaroślach?!
Dalej nie śmiał się ruszyć –wyjaśnił Ptak –Za mną, Augustynko!
Świnka poczłapała za Eugeniuszem w stronę lasu.
W porządku, panie Poruczniku! –krzyknął Eugeniusz –Może pan wyjść!
Z gęstych zarośli wyskoczyło małe, pokryte blado-różową skórką stworzonko.
Dobry wieczór –pisnęło, podając Augustynce łapkę –Jestem Porucznik Norka.
Norka?! –zdziwiła się Augustynka –Ależ pan nie ma futerka!
Zawstydzone stworzonko czmychnęło z powrotem w zarośla. Oburzony zachowaniem przyjaciółki Eugeniusz dziobnął Augustynkę w bok i pobiegł za nim.
Panie Poruczniku! –zawołał –Ona nie chciała pana obrazić! To tylko świnka! Co ona może wiedzieć o zwierzątkach takich, jak pan?
Augustynka spuściła uszy.
Bardzo pana przepraszam… -wymamrotała –Naprawdę nie zdawałam sobie sprawy, że norki nie mają futerek, a poza tym…
Augustynko! –ćwierknął zdenerwowany Eugeniusz –Pan Porucznik chciałby ci coś wytłumaczyć!
Ośmielony Porucznik ponownie wyszedł z zarośli, tym razem jednak szczelnie okryty listkami topoli i usiadł obok Eugeniusza, który dał znak Augustynce, aby także usiadła.
Jak już wspomniałam, nazywam się Porucznik Norka… -zaczął. Augustynka chrumknęła. Zgniewany
Porucznik spojrzał na nią spod oka.
O, przepraszam… -szepnęła –To taki odruch… Porucznik westchnął głęboko i na wszelki wypadek schował łapki pod liście.
Jak już pani zauważyła brakuje mi futerka… -powiedział, poczym dodał z żalem –Musiałem się go pozbyć po tym, jak uciekłem z klatki kłusownika!
Ojej! –kwiknęła Świnka –To straszne!
Tak wiem. Ale nie miałem innego wyjścia… -zachlipał –Całe stado… na moich oczach…
Och, panie Poruczniku, bardzo mi przykro… –zawołała Augustynka –Chciałabym panu powiedzieć…
Wiem, co się pani przytrafiło, pani Augustynko –przerwał Porucznik i dodał spokojnie –Dlatego też została pani wybrana.
Wybrana? –zdziwiła się Augustynka –Do czego wybrana?
Do UCIECZKI! –zawołał Porucznik –To jedyne wyjście!
Jakiej UCIECZKI?! –przestraszona Augustynka stuliła uszy i spojrzała na Eugeniusza.
No… UCIECZKI! –zawołał znowu Porucznik.
Ojej! Sama nie wiem… -powiedziała Augustynka, kiwając głową –Gdzie miałabym uciekać?
Nie pani, tylko my wszyscy! –wyjaśnił Porucznik.
My wszyscy? Cały chlewik? –zapytała niepewnie Augustynka.
Nie! –krzyknął Eugeniusz –My! Nasza trójka! Pan Porucznik, ty i ja!
Aha… -szepnęła Augustynka –Gdzie zatem mielibyśmy uciec?
Otóż, widzi pani… -zaczął Porucznik –Daleko stąd, na północnym wschodzie istnieje takie miejsce, gdzie zwierzęta podobne do nas znaleźć mogą bezpieczną przystań… -Porucznik wziął do łapki leżący obok
Eugeniusza patyczek i zaczął coś kreślić na wytartym kawałku pastwiska –Niech pani spojrzy, pani Augustynko, jeśli cały czas będziemy kierować się na północ…
A gdzie jest wschód? –przerwała Świnka.
Jesteśmy na wschodzie… -zauważył Eugeniusz i pokiwał głową.
Mniejsza o to! –Porucznik złamał patyczek na pół i obie części wyrzucił daleko za siebie –Myślę, że dalibyśmy radę! Hm… co to takiego?
Z okolic małych żeber Augustynki zaczęło nagle dochodzić głośne bicie. Było tak bolesne i smutne, że z oczu Świnki popłynęły łzy.
Och, przepraszam… -szepnęła –To moje złamane serce…
Katastrofa! –zawołał zdruzgotany Porucznik –Od tego przecież można się rozchorować!
Ale co ja mogę na to poradzić? –zmartwiona Świnka opadła na trawę i zakryła małe ślepia ogromnymi uszami.
No właśnie może pani! I nie tylko może, ale i musi! Inaczej pani umrze! I jeśli nawet nie z miłości, to na pewno z głodu!
Ależ to sensowne! –zauważył znowu Eugeniusz.
Ale ja muszę to przemyśleć! –stwierdziła Augustynka –Zresztą, powinnam już wracać. Jestem bardzo zmęczona, a niedługo trzeba będzie znowu wyjść na pastwisko.
Rozumiem –powiedział Porucznik –Proszę się jednak dobrze zastanowić!
Zaraz potem Porucznik pożegnał się z Eugeniuszem i Augustynką i obłożony liśćmi pobiegł w najbliższe zarośla.
Eugeniuszu, co ty o tym myślisz? –zapytała po chwili Augustynka.
UCIECZKA! –ćwierknął Eugeniusz –To jedyne wyjście!
Dobrze… w takim razie jutro dam ci odpowiedź… Eugeniusz pomachał Augustynce i znikł w tych samych zaroślach, co Porucznik. Augustynka wstała z trawy i pobiegła w stronę stodoły. Gdy spostrzegła, że wszyscy pogrążeni są w głębokim śnie prześlizgnęła się przez kraty chlewika i ułożyła w kąciku pod ścianą. Kilka chwil później spała już beztrosko, śniąc o zielonej łące, po której spaceruje i wącha polne kwiaty… Obudziły ją blade promienie wschodzącego słońca, wpadające przez niewielkie okienko chlewika. Rześkie, chłodnawe powietrze pchało się do środka stodoły. Świnki zaczynały ustawiać się dookoła koryta. Zwinięta w kłębek Augustynka drzemała jeszcze w kąciku. Chwilę potem do stodoły wszedł gospodarz i rozdzielił jedzenie między wszystkie zwierzęta.
Ojej! –zawołała jedna świnka, gdy już najadła się do syta –Znowu zabrakło dla Augustynki…
Nic nie szkodzi –powiedziała Augustynka –Naprawdę nie jestem głodna.
Trawa na pastwisku błyszczała od porannej rosy. Słońce powoli wspinało się po niebie, odgarniając wiszące na drodze chmury. Augustynka jak zwykle przysiadła na brzegu pastwiska.
UCIECZKA… hm… UCIECZKA… -rozmyślała –Nigdy nie wychodziłam dalej niż na pastwisko… hm… ale, jeśli Eugeniusz odejdzie… nie chcę tu zostać sama! Eugeniuszu! Eugeniuszu!
Augustynka pobiegła w stronę rzędu topoli i zaczęła rozglądać się po maleńkich krecich kopcach.
Eugeniuszu! Eugeniuszu! –zawołała znowu.
Co się stało, Augustynko? –zapytał Eugeniusz, wyczołgując się z kopca.
Jeśli ty chcesz odejść, to ja też bym wolała…
To fantastycznie! –ćwierknął Eugeniusz –W takim razie wyruszamy!
Kiedy? –zapytała Świnka.
Och… no cóż… ze względów bezpieczeństwa myślę, że dopiero w nocy.
Dopiero…? –zasępiła się Augustynka –Więc muszę czekać jeszcze cały dzień…?!
Ja bardzo się z tego cieszę! Będę mógł się porządnie spakować! Ty też zresztą powinnaś to zrobić – stwierdził Eugeniusz i zaczął sprawdzać, czy wszystkie niebieskie piórka, które rozwiesił na sznurze zdążyły wyschnąć.
Dobrze… -szepnęła Augustynka, poczym oddaliła się w ulubione miejsce i ponownie ułożyła na trawie.
Po południu, gdy na pastwisku pojawił się gospodarz podczołgała się ostrożnie pod sam brzeg lasu i zanurzona w wysokiej trawie postanowiła poczekać na przybycie przyjaciół.
Witaj Augustynko! –zawołał Eugeniusz –Długo czekasz?
Augustynka spojrzała na granatowe niebo.
Trochę… -odpowiedziała –Bardzo się cieszę, że was widzę. Eugeniuszu, dlaczego jesteś taki… wypchany?
Och! To moje piórka! Wszystkie, jakie miałem! Na każdą porę! Zabieram je ze sobą, bo nie wiem, czy jeszcze kiedyś tu wrócę, choć z tego, co założyliśmy wnioskuję, że nie wrócę nigdy. Zresztą, po drodze może być zimno! O, zobacz… te, na przykład mają wmontowany podwójny puch, co w ziemie może zastąpić niejedno ciepłe gniazdko, a te…
Nie ma na to teraz czasu! –przerwał Porucznik –Powinniśmy się zbierać! Droga jest prawdopodobnie długa więc…
Ja to „prawdopodobnie”? –kwiknęła Świnka.
No bo, widzi pani, e… nie wiem dokładnie, gdzie to jest…
Nie wie pan?! –zaniepokoiła się Świnka.
Ale znam drogę! Niech pani posłucha! Musimy przejść najpierw przez długą wieś, e… potem przez ogromny las… a potem przez głębokie jezioro… Augustynka i Eugeniusz spojrzeli na siebie zdziwieni, nie wiedząc zupełnie, co na to odpowiedzieć.
A czy zna pan chociaż nazwy tych wszystkich miejsc? –zapytała po namyśle Świnka.
E… no przecież powiedziałem: Długa Wieś, Ogromny Las i Głębokie Jezioro… -odparł Porucznik.
A potrafiłby pan to uściślić? –spytał Eugeniusz.
Uściślić? Znaczy, co do konkretnego adresu?
Eugeniusz i Augustynka pokiwali głowami.
No cóż… nie bardzo… -odparł smutnie Porucznik.
A może wie pan, jak długie, ogromne i głębokie są te miejsca? –dopytywał się Eugeniusz.
Niestety, tego również nie wiem… -zachlipał Porucznik i strapiony spuścił głowę.
Trudno! –zawołała Augustynka –Trzeba będzie jednak panu zaufać!
Właśnie! –dodał Eugeniusz –Naprzód, panie Poruczniku!
Och, naprawdę? –zapytał Porucznik –Naprawdę?
Eugeniusz i Augustyna znowu pokiwali głowami.
Tak mnie cieszy to zaufanie! –pisnął Porucznik i zalał się łzami.
Wzruszona Augustynka podeszła bliżej i podała Porucznikowi suchy listek.
Dziękuję –powiedział Porucznik i otarł pyszczek –W takim razie ruszajmy! Ojej! Zapomniałem! Muszę jeszcze coś zrobić!
Porucznik pobiegł w zarośla, by po chwili wynieść z nich mały pakunek.
Co to takiego? –zapytała Augustynka.
To moje ubranko –odparł Porucznik –Robiłem je sobie przez wszystkie te noce, które spędziłem w ukryciu.
Spodenki i koszulka! Wspaniałe! Proszę dotknąć! Augustynka dotknęła kremowego ubranka.
Rzeczywiście! Bardzo delikatne –przyznała.
Prawdziwa wełna! Chciałem sobie jeszcze zrobić buciki i rękawiczki, ale skoro pani tak szybko się zdecydowała postanowiłem odłożyć pracę na później. Może dokończę po drodze…?
Porucznik zaczął wciągać na siebie ubranko, a gdy skończył zarządził natychmiastowy wymarsz z pastwiska.
Czy przynajmniej wie pan, w którą stronę powinniśmy wyruszyć? –zapytała Augustynka.
Myślę, że zrobimy najlepiej, jeśli pójdziemy po prostu przed siebie! –odpowiedział Porucznik i podjął marsz.
Przez długi czas zwierzęta szły w milczeniu. Augustynka rozglądała się po niebie, wypatrując księżyca, którego jednak nigdzie nie było. Eugeniusz szedł obok niej, zastanawiając się, czy na pewno zabrał wszystkie piórka, a Porucznik Norka przyglądał się drodze, szacując na oko, ile zostało jej jeszcze do przebycia.
Czy nie sądzi pan, panie Poruczniku, że powinniśmy jednak przerwać marsz? –zapytał w końcu Eugeniusz
Jest bardzo ciemno, nawet idąc przed siebie możemy zabłądzić. W dodatku nie ma księżyca…
Och, tak… myślę, że ma pan rację, panie Eugeniuszu –powiedział Porucznik –Niechętnie to robię, ale owszem, zezwalam na przerwę w podróży.
Porucznik wymacał łapkami najwygodniejszą trawę i zawołał przyjaciół.
To doskonałe miejsce na nocleg! –stwierdził –Na razie nie jestem zmęczony, więc dopóki nie zasnę będę pełnił wartę.
Znakomicie! –ćwierknął Eugeniusz –W takim razie dobranoc, panie Poruczniku.
Dobranoc, panie Eugeniuszu.
Miłych snów, Augustynko.
Miłych snów, Eugeniuszu. Norki pod śpiworki, panie Poruczniku!
Świnki pod pierzynki, pani Augustynko!
Zwierzęta obudziły się przed wschodem słońca.
Och! –kwiknęła Świnka –Czuję, że to będzie piękny dzień!
O tak! Piękny i pełen przygód! –dodał Eugeniusz.
Stop! –zawołał nagle Porucznik.
Co się stało? –zapytała zaniepokojona Augustynka. Eugeniusz wstrzymał oddech.
Drodzy państwo! Jest mi niezmiernie miło zakomunikować, że dobrnęliśmy do pierwszego etapu naszej podróży! Przed nami Długa Wieś! –oznajmił Porucznik, wskazując łapką w dal.
Ojej! –krzyknęła zaskoczona Świnka.
Rzeczywiście! –przyznał Eugeniusz.
Ścieżka z szeregiem stojących na wprost siebie domów zaczynała się dokładnie w miejscu, w którym teraz stali.
No to co? Idziemy? –zapytał niepewnie Eugeniusz.
Musimy! –odparł Porucznik.
Na pewno?
Przecież tłumaczyłem! Nie mamy innego wyjścia!
W takim razie idziemy –powiedział Eugeniusz i ruszył za Porucznikiem.
Wieś okazała się dłuższa niż przypuszczali. Gdy tylko udało im się przejść jakieś wzniesienie natychmiast pojawiało się następne. W dodatku słońce uparcie trzymało się nieba, obrzucając ich wrzącymi promieniami. Zniecierpliwiony Porucznik wypatrywał końca drogi, wyprzedzając w wędrówce pozostałych. Eugeniuszowi było tak gorąco, że zaczął wyskubywać z brzuszka cieplejsze piórka, a że nie miał siły ich dźwigać wyrzucał je po prostu za siebie.
Ciepło… Gorąco… Skwarnie! Panie Poruczniku! –jęknął –Musimy… się… zatrzymać…! Ten… upał… mnie… wykończy…!
Niezmordowany Porucznik biegł jednak przed siebie, nie zwracając uwagi na towarzyszy.
Panie… Poruczniku…! –stęknęła Augustynka –Ja… już… nie… dam… rady…!
Proszę się nie poddawać! –zawołał Porucznik –Wypatrzyłem duże drzewo i zdaje mi się, że obok jest studzienka… Tak! Jest studzienka! A przy niej wiaderko z wodą!
Porucznik pognał ku studzience, zostawiając za sobą tumany szarego kurzu. Szybko wdrapał się po ściance wiaderka i zanurzył mordkę w wodzie. Kiedy Augustynka i Eugeniusz doczołgali się do drzewa Porucznik leżał już na trawie i odpoczywał.
Poczekaj, Eugeniuszu, podsadzę cię! –kwiknęła Augustynka i nachyliła łebek, by Eugeniusz mógł na niego wskoczyć.
Porucznik zaczął zdzierać z siebie wełniane ubranko.
Uff, jak gorąco! –zapiszczał –Pani też jest gorąco, pani Augustynko?
Gorąco! –zawołała Świnka.
A panu, panie Eugeniuszu?
Półprzytomny Eugeniusz wychylił głowę zza wiaderka.
Słońce opuściło niebo dopiero wtedy, gdy wielka, granatowa chmura ostrzelała je gradowymi kulami.
Hm… myślę, że powinniśmy ruszać dalej –stwierdził Porucznik –Sprawdziłem okolicę. Przed nami jeszcze tylko jeden pagórek do pokonania.
Zwierzęta natychmiast podniosły się z trawy. Eugeniusz wyrwał kilka piórek z ogona i wpiął je w wyskubany brzuszek. Augustynka podeszła pod wiaderko z zamiarem zaczerpnięcia paru łyków wody na drogę, gdy wtem rozległ się potężny plask i na jej mokrym ryjku wylądowała mucha.
Doprawdy! –zabzyczała, ześlizgując się na ziemię.
Zdziwione zwierzęta otworzyły pyszczki.
Ojej… -kwiknęła Augustynka.
Hm –mruknął Porucznik.
O… -zauważył Eugeniusz.
Mucha wstała z ziemi, zatrzepotała skrzydełkami i uniosła się lekko w powietrzu.
Co tak patrzycie? –bzyknęła –Nigdy nie widzieliście jak mucha dostaje packą?!
E… -zasugerowała nieśmiało Augustynka.
No to może byście mnie wsparli! –zawołała Mucha, po czym okrążyła głowę Augustynki i zawisła nad jej uszami.
Augustynka spojrzała niepewnie na Eugeniusza. Zaskoczony Eugeniusz zerknął w stronę Porucznika. Porucznik Norka schował się za Augustynkę.
No cóż! Doprawdy! Powiedzcie cokolwiek!
Augustynka chrumknęła cicho, odrzucając przy tym uszy do tyłu.
Jestem Świnka Augustynka –kwiknęła.
Augustynka?! Cóż to za imię? –bzyknęła Mucha –Doprawdy, zupełnie nie pasuje do świni!
Mucha zmierzyła Augustynkę wzrokiem, po czym dodała:
Dziwnie wątłe z ciebie zwierzę… Czy ty na pewno jesteś świnią?
Na pewno –przyznała smętnie Augustynka.
To dlaczego jesteś taka chuda? Czy masz jakiś konkretny powód?
To powód z natury głębokich –szepnął Eugeniusz, przybliżając się do Muchy.
Jakich?! –zabzyczała zaciekawiona Mucha.
Głębokich! –powtórzył głośniej Eugeniusz.
Pani Augustynka walczy z uczuciami –uzupełnił Porucznik Norka.
I to ma być głębokie?!
Owszem, ponieważ wpadła po same uszy.
Ach tak? –zdziwiła się Mucha –A kim ty jesteś? Doprawdy, nigdy nie widziałam takiego zwierzęcia!
Nazywam się Porucznik Norka –pisnął Porucznik.
Norka?! Co z ciebie za norka? –zawołała Mucha –Ty nie masz futerka!
Zawstydzony Porucznik wcisnął głowę w głąb ubranka i podreptał w stronę wiaderka, aby spędzić za nim kilka następnych chwil.
No cóż… -bzyknęła Mucha i podfrunęła bliżej Eugeniusza –A ty jak się nazywasz?
Eugeniusz Nielot –powiedział Eugeniusz.
Hm… jesteś ptakiem?
Niby tak –odparł Eugeniusz, a potem dodał ze smutkiem –Tyle, że nie latam…
Niemożliwe! –krzyknęła Mucha –Doprawdy, niemożliwe! Czy ja dobrze słyszę?! Nie jedząca świnia, łysa norka i ptak, który nie lata! Ależ to jest nienormalne!
Nastała chwila ciszy. Zniechęcone zwierzęta usiadły na trawie. Porucznik podniósł z ziemi niewielki, zielony listek, zrobił z niego kapelusik i zakrył nim szczelnie łysą główkę. Augustynka zajęła się liczeniem wystających żeberek, a Eugeniusz załamał skrzydełka.
No przecież nienormalne! –krzyknęła znowu Mucha.
Tak… -szepnął Eugeniusz –Masz rację, nie jesteśmy normalni… Mucha podfrunęła bliżej i usiadła na głowie Augustynki.
Cóż… was przynajmniej nikt nie leje packą! –powiedziała z żalem –Wiecie, ile ja mam blizn po tych uderzeniach?!
Mucha sfrunęła z głowy Augustynki i zaczęła się sobie przyglądać.
O, tu na przykład dostałam przedostatnim razem… -bzyknęła, pokazując ślad na lewym skrzydełku – Straszne! Doprawdy! Myślałam, że to już koniec!
Ojej! –kwiknęła Augustynka.
Właśnie! –przytaknęła Mucha –O, a w to miejsce oberwałam aż dwadzieścia osiem razy! –dodała, wskazując na brzuch –A tutaj… tutaj to była prawdziwa masakra! Siedem szwów!
Mucha odwracała się do zwierząt bokiem, przodem, tyłem, stawała na nóżkach, prostowała i zwijała skrzydełka, przewracała się, kuliła, demonstrowała, w jaki sposób nastąpiło uderzenie, jaką miało siłę, opowiadała, jak do niego doszło i jak z niego wyszła.
Sto dwadzieścia dziewięć! –zakończyła –Sto dwadzieścia dziewięć! To naprawdę cud, że żyję! A dziś na dodatek nadkruszono mi kawałek skrzydełka…
Ojej… -zawołała Augustynka i pokiwała głową.
No coś podobnego… -dodał przejęty Eugeniusz.
Niemożliwe! –pisnął Porucznik.
Niebo przykryły granatowe chmury. Obwieszone maleńkimi gwiazdami rozproszyły się po górze, omijając środkowe miejsce, zarezerwowane dla księżyca.
To co robimy? –zapytał Eugeniusz.
Hm… -mruknął Porucznik –Powinniśmy chyba iść dalej, choć szczerze mówić straciłem ochotę…
Ja też… -dodała Augustynka.
Mucha gwałtownie podniosła się z trawy i zapytała:
A gdzie wy idziecie?
E tam… -jęknął Eugeniusz –Już mi się nawet mówić o tym nie chce…
Ani mnie… -pisnął cicho Porucznik.
Doprawdy! Nie bądźcie tacy! –bzyknęła Mucha –Ja wam o sobie wszystko opowiedziałam!
No cóż… -zaczął Porucznik –Podążamy do odległej krainy, gdzie będziemy mogli żyć w pełnej harmonii i bez kompleksów na tle różnic, jakie wynikają z naszych problemów.
Że co?! –zdziwiła się Mucha.
Idziemy tam, gdzie będzie nam lepiej –wyjaśnił Eugeniusz.
A gdzie jest ta kraina? –zapytała znowu Mucha.
Właściwie to nie wiemy… -odparła ponuro Augustynka.
Ale wiemy którędy należy iść, a to już coś –zakończył Eugeniusz.
Faktycznie, to już coś –zauważyła Mucha, a potem zaczęła nerwowo fruwać nad głowami zwierząt i nie mogąc znaleźć sobie miejsca przysiadła w końcu na płatku koniczyny. Wbiwszy w nią wzrok zapytała:
No to może ja bym poszła z wami, co?
Hm… nie mam nic przeciwko temu –stwierdził Porucznik i spojrzał na przyjaciół.
Ja też nie –powiedział Eugeniusz.
Ani ja –dodała Augustynka.
Och! Och, to cudownie! –bzyknęła Mucha –Będzie świetnie! Na pewno się dogadamy! Z natury jestem bardzo niekonfliktowym owadem, a poza tym doskonale orientuję się w terenie! Ponadto jestem obdarzona niezawodnym zmysłem węchu, no i oczywiście bezkonkurencyjnym zmysłem wzroku! Zresztą, jak na inteligentnego owada przystało posługuję się wieloma językami! Hm… potrafię na przykład porozumiewać się po starojeleńsku, szczurzojaszczurzemu, nowoindyczemu, znam trochę bocianie klakanie i afrykańsko- tygrysi dialekt! Umiem pływać, specjalizuję się w nurkowaniu, wyczuwam padlinę z największej odległości, wykonuję akrobacje w powietrzu, przeszłam kurs pierwszej pomocy, świetnie poruszam się po lodzie!
Jestem odporna na pierwsze mrozy, na ostatnie zresztą też i na długotrwałe upały. Najlepszy ze mnie nośnik zarazków! A co najważniejsze potrafię doskonale latać, co, jak się okazuje wcale nie jest takie łatwe! Ze mną na pewno znajdziecie drogę do tej krainy! Gwarantuję! Zdumione zwierzęta wstały z trawy.
A jak ty się w ogóle nazywasz? –zapytała Augustynka.
Och! Oczywiście! Doprawdy! Zwykle nie zdarza mi się zapominać o najważniejszym! Nazywam się
Elżbieta Bzycząca! –zawołała podekscytowana Mucha, poczym dodała ciszej –Z tych Bzyczących, jeśli wiecie, co mam na myśli. Zadowolone zwierzęta wymieniły ukłony, a potem ruszyły w stronę ostatniego pagórka Długiej Wsi. Na niebie wciąż nie było księżyca. Zniecierpliwione czekaniem gwiazdy zajęły jego miejsce, siląc się na rozjaśnienie nocy. Gdyby nie światła ulicznych latarni zwierzęta znowu byłyby zmuszone do przerwania wędrówki.
Myślę, że mamy dość siły, by iść przez całą noc –stwierdził Porucznik –Czy państwo się ze mną zgadzają?
Ja się zgadzam –powiedziała Augustynka.
Ja też się zgadzam –dodał Eugeniusz.
A pani, pani Elżbieto? –zapytał Porucznik.
Ze mną jest najmniejszy problem –odparła Elżbieta –Jeśli się zmęczę po prostu usiądę na którymś z was.
Przestrzeń za Długą Wsią przeszła w wysoką, pachnącą łąkę. Kilka gwiazd na górze złączyło się ze sobą, tworząc ogromną, choć niezbyt kształtną kulę, udającą księżyc.
O, księżyc! –zawołała Augustynka.
Ale gwiazdy rozproszyły się gwałtownie, a potem ułożyły w trapez. Rozczarowana Augustynka spuściła głowę i szła dalej w milczeniu. Dzień zaskoczył ich na końcu łąki. Zmęczone wędrówką zwierzęta przystanęły na chwilę, by przyjrzeć się przebytemu kawałkowi drogi.
Ech… szkoda, że szliśmy tędy nocą… -stwierdziła Augustynka, podziwiając zieloną trawę.
Masz rację… -dodał Eugeniusz, poczym zerwał dorodny kłos jęczmienia i zaczął wyskubywać z niego ziarenka.
Przed nimi wznosiły się małe pagórki. Porośnięte kwiatami wyglądały, jak kolejna łąka. Tuż za nimi rozciągał się wielki las.
Proszę spojrzeć! Proszę spojrzeć! –krzyknął Porucznik –Oto i Ogromny Las!
Ojej! –kwiknęła Augustynka.
Racja! –ćwierknął Eugeniusz.
No i co z tego? –zapytała zdziwiona Elżbieta –To niby coś znaczy?!
Oczywiście! –zdenerwował się Porucznik –To drugi etap nasze podróży!
Aha… Ciemnozielone drzewa były tak wyrośnięte, że zasłaniały wędrujące po niebie obłoki.
Czy dadzą państwo radę iść dalej bez odpoczynku? –zapytał zaniepokojony Porucznik.
Ja wytrzymam! –odparła Elżbieta i wywinęła imponującego koziołka w powietrzu.
Ja też dam radę! –powiedziała Augustynka.
I ja –dodał Eugeniusz.
Zatem w drogę! –zawołał Porucznik i ruszył przed siebie.
Szybko przebrnęli przez ukwiecone pagórki i znaleźli się na skraju Ogromnego Lasu, który z bliska wydawał się jeszcze potężniejszy.
U… rzeczywiście ogromny ten las! –zauważyła Elżbieta –Doprawdy! Mogłabym w nim zamieszkać!
Nie żartuj! Tu jest strasznie! –ćwierknął Eugeniusz i chwycił ogonek Augustynki.
No coś ty! –bzyknęła Elżbieta –Doprawdy! Chyba się nie boisz?
Oczywiście, że nie! Po prostu jak dla mnie to jest tu stanowczo… za… e… za ciemno!
Za ciemno?! –zdziwiła się Elżbieta –Akurat! Lepiej od razu przyznaj, że się boisz!
Nieprawda!
Ciszej! –kwiknęła Augustynka, a potem spojrzała w górę.
Wiatr poruszał koronami drzew. Za każdym razem, gdy gałęzie stukały o siebie zwierzęta zatrzymywały się w miejscu i zaczynały nasłuchiwać.
Hej, Eugeniuszu! –zawołała Elżbieta, wpadając znienacka na Ptaka.
Zaskoczony Eugeniusz puścił ogonek Augustynki i złapał się za serce.
Nigdy więcej tak nie rób! –krzyknął zdenerwowany –Przestraszyłaś mnie!
Ale z ciebie mazgaj!
No wiesz! –oburzył się Eugeniusz –Wypraszam sobie takie komentarze!
W porządku, w porządku, przepraszam –powiedziała Elżbieta, a potem podfrunęła bliżej, zrobiła dwa salta w powietrzu i zgrabnie usiadła na głowie Ptaka –Jak chcesz, to opowiem ci coś, co jest prawie o tobie i co kiedyś, gdy byłam w podobnej sytuacji bardzo poprawiło mi nastrój.
A kiedy ty byłaś w podobnej sytuacji?! –zapytała zaciekawiona Augustynka.
O… doprawdy! Nie pamiętam zbyt dobrze… Hm… to musiało być jakichś kilka lat temu, podczas podróży po pustyni, którą odbywałam z moimi przyjaciółmi, bengalskimi tygrysami, bardzo zresztą dzikimi… Zaraz, zaraz… Tak! Na pewno wtedy! Pustynna ekspedycja! Polowanie na nosorożce!
Polowała pani na nosorożce?! –zdziwił się Porucznik.
Oczywiście! Doprawdy! –bzyknęła Elżbieta –Było bardzo niebezpiecznie! Tak bardzo, że chwilami myślałam już o najgorszym!
Ojej! –kwiknęła przejęta Świnka.
I co? –zapytał Eugeniusz –Poradziliście sobie?
Też coś! –zdenerwowała się Elżbieta –Oczywiście, że sobie poradziliśmy! Doprawdy! Jak można nawet przypuszczać, że moglibyśmy sobie nie poradzić?!
Ja niczego takiego nie przypuszczałem… ja tylko byłem ciekaw czy…
Czego byłeś ciekaw, co?! –zawołała Mucha i sfrunęła z głowy Eugeniusza –No czego?! Tego czy tym niezdarom udało się nas pokonać? Mój drogi! A więc oświadczam ci, że do dziś mam naszyjnik z ich rogów!
Zwierzęta zamilkły oszołomione słowami Elżbiety.
No, ale zboczyłam trochę z tematu –zauważyła po chwili Mucha –Eugeniuszu, miałam ci opowiedzieć coś prawie o tobie…
O tak –przyznał Eugeniusz –A czy to nie było to, o czym przed chwilą mówiłaś?
Nie! –wrzasnęła Mucha –To nie było to!
O, przepraszam…
Chcesz tego posłuchać czy nie?!
Ależ oczywiście! –odparł Eugeniusz –Oczywiście. Chcę posłuchać… Elżbieta wzięła głęboki oddech i przystąpiła do opowiadania.
Dawno, dawno temu, gdy złote słońce oświetlało prehistoryczny poranek…
Co to jest „prehistoryczny poranek”? –zapytała Augustynka.
O, to bardzo zamierzchłe czasy, kiedy… e… nie było cię jeszcze na świecie.
Aha…
No więc dawno, dawno temu, gdy złote słońce oświetlało prehistoryczny poranek, a różnobarwne kwiaty umilały swymi zapachami całą okolicę żył sobie mały zajączek, którego największym marzeniem było nauczyć się latać…
O, rzeczywiście… -burknął zdruzgotany Eugeniusz –Prawie jak o mnie…
Latać?! –zdziwiła się Augustynka –Zajączki nie mogą latać!
Nie przerywaj mi! –zdenerwowała się Elżbieta.
Przepraszam…
Doprawdy! –bzyknęła Mucha –Hm… na czym to ja skończyłam…? A tak… Więc dawno, dawno temu, gdy słońce oświetlało prehistoryczny poranek, a różnobarwne…
Nie powiedziałaś „złote”… -przerwał Eugeniusz.
Słucham?! –zapytała Elżbieta.
Nie powiedziałaś „złote” –powtórzył Eugeniusz –Przedtem mówiłaś, że słońce było złote.
Och, nieważne! Złote czy zielone! –zawołała Elżbieta –Czy moglibyście się przez moment nie odzywać? Ja tu próbuję coś opowiedzieć!
Przepraszamy…
Doprawdy! Na pewno chcecie, żebym to opowiedziała?
Zwierzęta pokiwały głowami.
I bardzo dobrze, bo i tak bym to zrobiła! –bzyknęła Mucha i znowu wzięła głęboki oddech –Tak więc był sobie jeden zajączek, który chciał się nauczyć latać…
Przepraszam bardzo… -pisnął Porucznik –Ja bym się chciał tylko dowiedzieć, jaką rolę odgrywa tutaj prehistoryczny poranek?
Cisza! –wrzasnęła Elżbieta –Jeśli jeszcze raz ktoś coś powie, to tak go ugryzę, że będzie się rozcierał do końca wyprawy!
Zwierzęta wybałuszyły oczy.
No! Widzę, że to was ostatecznie przekonało! Zatem, zajączek, który chciał się nauczyć latać poszedł po radę do bociana…
Miał absolutną rację! Bociany latają fantastycznie… -rozmarzył się Eugeniusz.
Elżbieta odchrząknęła wymownie więc Eugeniusz schował się pod Augustynkę.
Bocian zabrał zajączka na wysoką górę i powiedział: „Nie ma nic prostszego niż latanie, zajączku! Cała sztuka polega na tym, by rzucić się z wysokiej góry, rozłożyć w tym samym momencie łapy i zacząć nimi machać!”
Rzucić się z wysokiej góry, rozłożyć łapy, zamachać –powtórzył cicho Eugeniusz.
Zajączek i bocian udali się na wysoką górę. Zajączek stanął nad przepaścią, rzucił się w dół i, co łatwe do przewidzenia spadł.
Ojej! –kwiknęła Augustynka.
To straszne! –pisnął Porucznik –Czy nic mu się nie stało?
Raczej mu się stało, bo gdy bocian zleciał w dół zajączek siedział bezwładnie na ziemi z pękniętą szczęką i wyszczerzonymi zębami, no i…
No i co? No i co? –dopytywał się Eugeniusz.
No i odezwał się bocian: „Zającu, ty się śmiejesz, a nie ma z czego. Zdrowo rąbnąłeś o ziemię!” – zakończyła Elżbieta, a potem złapała się za brzuch i padła na trawę, dusząc się przy tym ze śmiechu.
Skołowane zwierzęta zaczęły się przyglądać, jak Mucha wywija na trawie koziołki. Nie zdążyły jednak nic powiedzieć, ponieważ ich uwagę odwrócił głośny trzask łamanej gałęzi. Wszyscy, oprócz Elżbiety, która w dalszym ciągu pokładała się ze śmiechu zaczęli rozglądać się dookoła. Tuż przy końcu Lasu siedział ogromny niedźwiedź. Szyję oplecioną miał szerokim sznurem, do którego końca przywiązana była gruba gałąź. Elżbieta wciąż nie mogła opanować śmiechu więc Eugeniusz szturchnął ją z całej siły.
No co jest?! –zapytała obrażona –Nie zrozumieliście żartu?!
Cicho! –kwiknęła Augustynka –Popatrz tam!
Mucha podniosła się z trawy, wzbiła w powietrze i zawisła na wysokości uszu Augustynki.
O! –bzyknęła –Doprawdy! To niedźwiedź!
O! Doprawdy! To niedźwiedź! –powtórzył złośliwie Eugeniusz –A niby co? Wiewiórka?!
Elżbieta odwróciła się w stronę Eugeniusza i z całej siły dźgnęła go w oko.
Auł! –ćwierknął Eugeniusz.
Cicho! –kwiknęła znowu Augustynka –Co robimy?
Podejdźmy bliżej! –zaproponowała Elżbieta, zacierając przednie odnóża.
Eugeniusz i Porucznik przylgnęli do Augustynki.
Nie jestem pewien czy to dobry pomysł… -stwierdził Porucznik.
Doprawdy! Ale tchórze! –powiedziała Elżbieta.
Łatwo ci mówić! –krzyknął Eugeniusz –Masz skrzydła!
Ty też masz! –bzyknęła zaczepnie Mucha.
Och, ty…
Tchórz! Cykor! Trzęsipiórek! –zawołała Elżbieta, a potem pofrunęła w stronę niedźwiedzia.
Niech pani poczeka! –pisnął Porucznik i pognał za Elżbietą. Augustynka pobiegła za Porucznikiem, ciągnąc trzymającego jej ogon Eugeniusza. Wszyscy zatrzymali się niedaleko rozłożonych łap niedźwiedzia.
Ojej… -szepnęła po chwili Augustynka.
Doprawdy! –zawołała Elżbieta.
On… on… -zaczął Eugeniusz.
Płacze… -dokończył Porucznik i chwycił Eugeniusza za skrzydełko. Eugeniusz odwrócił się w stronę
Elżbiety. Elżbieta usiadła na głowie Augustynki, a Augustynka spojrzała na niedźwiedzia.
Ktoś powinien coś powiedzieć… -zauważyła Świnka.
Myślę, że to zły pomysł… -pisnął Porucznik.
No to może byś w końcu wymyślił jakiś dobry! –bzyknęła Elżbieta.
To ogromne zwierzę może nas w każdej chwili zaatakować! –powiedział Eugeniusz.
Och, ale on tak smutno wygląda… –zawołała Augustynka.
To się może tylko tak wydawać! –pisnął znowu Porucznik –Tak naprawdę pewnie dawno nic nie jadł i tylko czeka, by złapać coś na litość!
Och, nie wierzę! –kwiknęła Świnka –Moim zdaniem jest załamany!
Może po prostu rozmyśla? –zauważył Eugeniusz.
Tak?! To po co mu ten sznur wokół szyi? –zapytała Elżbieta.
To może być kamuflaż! –stwierdził Porucznik –Z pewnością udaje jakieś inne zwierzę, by kogoś nabrać, a potem schwytać!
Ale jakie zwierzę tak wygląda?! –zapytała Augustynka –Nie przypominam sobie, bym znała jakieś stworzenie, które ma w zwyczaju przywiązywać się do gałęzi!
Ja widziałam coś podobnego u psów –powiedziała Elżbieta.
O, ja też –dodał Porucznik.
No to co robimy? –zapytał w końcu Eugeniusz.
Ja bym poszedł dalej –szepnął Porucznik –To nawet lepiej, że do tej pory nas nie zauważył. Jeśli będziemy cicho…
Ja go nie zostawię! –oburzyła się Augustynka –On cierpi! Czy wy tego nie widzicie?!
Ja też bym z nim chętnie porozmawiała –dodała Elżbieta.
No pewnie, że byś z nim porozmawiała! –ćwierknął Eugeniusz –Umiesz latać i w każdej chwili możesz uciec, zostawiając nas na pastwę tego potwora!
Umiesz latać, umiesz latać! Pewnie, że umiem! –wrzasnęła Elżbieta –Sam byś się w końcu nauczył, zamiast tracić czas na wędrówki w nieznane! Zresztą, doprawdy! To zapewne jeszcze jedna beksa, która ryczy, bo ma za dużo futerka!
O, przepraszam! –pisnął Porucznik –Czy pani miała na myśli mnie?
Nie! Nie słyszałeś?! Cały czas mówię o tym niedźwiedziu!
No tak, ale mówiąc o futerku miała pani na myśli mnie!
Och, doprawdy! Skoro tak ci się wydaje… wszystko jedno!
Jak to „wszystko jedno”?! Nie powinna pani tak mówić! Gdyby się pani dogłębnie zastanowiła…
Coś podobnego! Doprawdy! –zawołała Mucha –Chyba nie myślisz, że twój problem jest na tyle interesujący, bym chciała się nad nim dogłębnie zastanawiać!
Mucha wzbiła się w górę, wykonała idealną beczkę, poczym z zupełnie obojętną miną przysiadła na trawie i zaczęła układać skrzydełka. Urażony Porucznik skrzyżował przednie łapki.
Ależ Panie Poruczniku… -powiedziała Augustynka –Niech pan tego nie bierze do siebie. Elżbieta z całą pewnością nie mówiła poważnie, prawda Elżbieto?
Jak to nie mówiłam poważnie?! –zabzyczała Mucha –Mówiłam jak najbardziej poważnie, ty… ty świnio!
O! Jak śmiesz w tak poufały sposób zwracać się do mojej przyjaciółki? –oburzył się Eugeniusz.
Elżbieta poderwała się z miejsca i zawisła nad głowami pozostałych zwierząt.
A co mi zrobisz, ty Nielocie? –krzyknęła, poczym podfrunęła pod najbliższy dąb, zerwała dorodny żołądź i rzuciła nim w kierunku Eugeniusza. Ptak zrobił szybki unik.
Poczekaj no! Niech cię tylko złapię!
Pomogę panu! –pisnął Porucznik.
Akurat mnie złapiecie! –zawołała Elżbieta i znowu rzuciła żołędziem.
Och! Przestańcie! –kwiknęła Augustynka.
Przepraszam bardzo… kim wy jesteście?
Zwierzęta umilkły nagle słysząc nieznajomy głos. Spojrzały na siebie przerażone, po czym powoli zaczęły odwracać się w stronę miejsca, z którego dochodził. Olbrzymi Niedźwiedź siedział wciąż pod drzewem i wpatrywał się w nich z zainteresowaniem.
Wiedziałem! –zapiszczał szeptem Porucznik –On nas teraz wszystkich pozabija!
Kim jesteście? –powtórzył Niedźwiedź.
Przerażony Porucznik podbiegł do Augustynki.
Pani jest najodważniejsza –stwierdził –Niech pani coś powie.
Ja?! –zdziwiła się Świnka –To raczej Elżbieta… Na te słowa Mucha podfrunęła pod głowę Niedźwiedzia, okrążyła ją kilka razy z takim zdecydowaniem, że Niedźwiedź machnął za nią łapą, poczym najgłośniej jak tylko potrafiła zabzyczała:
Jestem Elżbieta Bzycząca, bardzo mi przyjemnie!
Zaraz potem przysiadła bez najmniejszego skrępowania na jego nosie i zaczęła przedstawiać pozostałych.
Tamten w wełnianym ubranku to Porucznik Norka, obok stoi Eugeniusz Nielot, a ta Świnia to Augustynka.
Zmierzamy do pewnego miejsca, gdzie w królewski sposób traktuje się wszystkie zwierzęta więc zamierzamy tam osiąść na stałe. Kiedy skończyła obróciła się tak, by patrzeć Niedźwiedziowi prosto w oczy i zapytała:
Niedźwiedź próbował na nią zerknąć, ale szybko rozbolały go oczy od spoglądania zezem.
Nazywam się Odrobinka… -powiedział.
Kpi sobie z nas! Po prostu sobie z nas kpi! –szepnął Eugeniusz.
Dobrze, co dalej? –zapytała znowu Mucha.
Dalej? No cóż… jestem bardzo nieszczęśliwy! –ryknął Niedźwiedź i znowu zaczął płakać.
No tak… -bzyknęła zniecierpliwiona Elżbieta i sfrunęła z niedźwiedziego nosa –Jeśli chcesz, żebyśmy ci pomogli musimy znać powód twojego nieszczęścia.
Niedźwiedź zerwał z drzewa kilka liści i przyłożył je do opuchniętych od płaczu oczu.
Wyrzucono mnie…
Skąd cię wyrzucono? –zapytał Eugeniusz.
Z cyrku… bo… bo jestem za… za stary… -Niedźwiedź zmiął jeden listek i zupełnie przypadkowo rzucił nim w fruwającą dookoła niego Elżbietę, która straciła równowagę i runęła prosto na kupkę suchych igiełek sosnowych.
Doprawdy! –zawołała oburzona –Cóż za niedopatrzenie!
Porucznik zrobił krok do przodu.
A co pan robił w tym cyrku? –zapytał nieśmiało.
Grałem… grałem na… -szloch zagłuszył ostatnie słowo.
Na czym? –zapytały zwierzęta.
Na organkach… -powtórzył Niedźwiedź –I wiecie, kim mnie zastąpiono? Pięcionogim psem- brzuchomówcą, tańczącym walca z własnym ogonem!
Ojej! –kwiknęła Świnka –Nieprawdopodobne!
A jednak! –zawołał Niedźwiedź –I dlatego chciałem się… zabić…
Ojej! –kwiknęła znowu Świnka.
Tak. Chciałem się zabić! Ale gałąź nie wytrzymała mojego ciężaru i… i pękła!
O tak –przyznał Eugeniusz –Jak nic pękła.
Miałem nadzieję, że chociaż w tym Lesie będą porządne gałęzie, a tu… no sami spójrzcie! –powiedział
Niedźwiedź i wskazał na zwisającą z jego szyi gałąź.
U, rzeczywiście… -przyznał Porucznik.
Trzeba było najpierw zrobić próbę –zauważyła Elżbieta.
Och, przestań! –zawołał Eugeniusz i trącił Muchę skrzydełkiem.
Nawet zabić się nie umiem… -mamrotał Niedźwiedź –Jestem taki bezużyteczny…
Ojej… -kwiknęła poruszona Świnka, a Niedźwiedź znowu zalał się łzami.
Przepraszam bardzo, ale czy to zabijanie się jest ostatecznym rozwiązaniem? –zapytał Porucznik.
Niedźwiedź podniósł głowę i spojrzał na Eugeniusza, myśląc, że to on się do niego odezwał. Zaskoczony Eugeniusz zrobił krok do tyłu i potknął się o leżący na ziemi patyk.
No bo widzi pan, panie Odrobinka –kontynuował Porucznik –Mógłby pan iść z nami…
Z wami?! –zapytał Niedźwiedź –Do tego królewskiego miejsca?!
Nie całkiem królewskiego –sprostował Porucznik –Po prostu lepszego.
Sam nie wiem… nie takie miałem plany…
E tam! Nie raz będzie jeszcze okazja –bzyknęła Mucha i machnęła odnóżem.
Ależ Elżbieto! Tego już za wiele! –oburzył się Eugeniusz –Jak możesz?!
No co?! Doprawdy! Przecież taką decyzję trzeba uszanować!
A może, gdy z nami pójdzie już nie będzie się chciał zabijać? –zauważyła Augustynka.
Naprawdę… wszystko mi jedno… mogę z wami iść… -powiedział Niedźwiedź –Daleko to?
No cóż… -mruknął Porucznik –Przeszliśmy już Długą Wieś, Ogromny Las… Hm… zostało nam więc tylko
Głębokie Jezioro!
O, to już chyba niedaleko –stwierdził Niedźwiedź –Jedno głębokie jezioro widziałem z drugiej strony Lasu.
Naprawdę? To znakomicie! –ucieszyła się Augustynka –Warto żyć dla takich chwil!
Czy ja wiem… -zamruczał ponuro Niedźwiedź i pogrążył się w swoim smutku.
Kiedy zwierzęta wyszły z Ogromnego Lasu słońce było już przy końcu drogi.
Jak pan myśli, panie Odrobinka czy zdążymy dojść do Głębokiego Jeziora przed nocą? –zapytał Porucznik.
Raczej nie… -odparł Niedźwiedź –Chyba będziemy musieli gdzieś wcześniej przenocować…
Tylko gdzie? –przeraził się Eugeniusz –Wszędzie odkryta przestrzeń!
Za tamtym pagórkiem jest mała, lekko zalesiona polanka…
Ale czy bezpieczna, panie Odrobinka? –zapytał znowu Porucznik.
Hm… trudno powiedzieć… -odparł Niedźwiedź i poczłapał przed siebie, zostawiając Porucznika w rozterce.
Kiedy doszli na miejsce na niebie wisiały już pierwsze gwiazdy.
Och! –zawołał Eugeniusz, rozglądając się po polance –Wspaniałe miejsce na nocleg!
Ale Porucznik pisnął ostrzegawczo, a potem wskazał łapką na róg polanki, nieopodal kilku małych brzózek.
Co to takiego? –zapytał Eugeniusz.
No przecież widać! –odpowiedziała Elżbieta.
Ja nie widzę! –ćwierknął zdenerwowany Ptak –Z dołu nie widzę!
Ojej! Ognisko! –kwiknęła Augustynka.
Jakie tam ognisko! –bzyknęła lekceważąco Elżbieta –Góra nie dogaszonego popiołu i tyle.
Chyba nie jesteśmy sami… -kwiknęła znowu Świnka i przytuliła się do Niedźwiedzia.
E tam! Świńskie gadanie! –krzyknęła Mucha –Jako że jestem najodważniejsza, najszybsza, najbardziej wiarygodna i w przeciwieństwie do niektórych… -tu spojrzała na Eugeniusza –doskonale umiem latać, udam się teraz na zwiady.
Eugeniusz odwrócił się urażony i zaczął szemrać coś z wyraźnym niezadowoleniem.
Tylko bądź ostrożna! –zawołała Augustynka.
Doprawdy! Ostrożna! Ja zawsze jestem ostrożna! –parsknęła Elżbieta i śmiało pofrunęła w kierunku ogniska. Chwilę potem znikła z pola widzenia.
Jak myślicie, wróci? –zapytał Niedźwiedź –Bo jeśli nie to chciałbym wiedzieć, jak umarła. Może i ja mógłbym wykorzystać ten sposób…?
Ależ, panie Odrobinka! –pisnął karcąco Porucznik.
Niedźwiedź opadł niezdarnie na trawę.
Jestem pewien, że wróci –powiedział Eugeniusz –Wredny z niej owad, ale strasznie uparty i waleczny. Poza tym, przyznaję to niechętnie, doskonale lata… Gdybym ja potrafił tak latać…
Jak to?! To ty nie umiesz latać?! –zdziwił się Niedźwiedź.
No… e… właściwie to… to nie bardzo… -odparł zawstydzony Eugeniusz.
Hm… dziwne… Pierwszy raz spotykam ptaka, który nie umie latać… Hm… naprawdę dziwne…
Dziwne? Ale w jaki sposób? –dopytywał się Eugeniusz.
Czy ja wiem…? Dziwne w taki oryginalny sposób…
Oryginalny? Naprawdę? Oryginalny? A więc jestem oryginalny! Słyszeliście? Jestem oryginalny! –ćwierkał uradowany Ptak.
Proszę spojrzeć! –zawołał Porucznik –Pani Elżbieta wraca!
Eugeniusz zamilkł i skupił wzrok na Musze.
Droga wolna! –zawołała Elżbieta, przelatując nad głowami zwierząt –Nikogo nie ma. Ktoś rzeczywiście nie dogasił ognia, no ale to całkiem dobrze. Przynajmniej będziemy mogli się trochę rozgrzać.
Wcale nie jest zimno… –zauważył Niedźwiedź.
Może tobie nie! –bzyknęła urażona Mucha –Zaraz zrobi się bardzo ciemno i my, mniejsze i delikatniejsze zwierzęta zaczniemy marznąć na otwartym terenie!
No to może poszukajmy jakiegoś drewna, by podtrzymać ogień –zaproponowała Augustynka.
Wszystkie zwierzęta, prócz Porucznika, który został przy ognisku, dmuchając co jakiś czas w gasnące płomienie rozeszły się po okolicy. Kiedy wróciły Porucznik zawołał uradowany:
W środku jest kilka upieczonych ziemniaków!
Fantastycznie! –ćwierknął Eugeniusz –Ile?
Akurat pięć! Czy to nie cudowne?
Rzeczywiście! –bzyknęła Mucha, a potem spojrzała podejrzliwie na resztę –Dzielimy się po równo!
Ja chętnie zrzeknę się mojego… -powiedziała cicho Augustynka.
Dlaczego?! –zdziwił się Niedźwiedź.
Mucha błyskawicznie podfrunęła pod jego ucho.
Tej małej pęka serce… -stwierdziła, a potem rzuciła się na upieczonego ziemniaka.
Po skończonej kolacji zwierzęta usiadły wokół ogniska. Niedźwiedź przysunął się nieśmiało do Augustynki i zapytał:
O co właściwie chodzi z tym pękającym sercem?
O miłość, a o cóż by innego? –odpowiedział Eugeniusz, uprzedzając Świnkę.
Augustynka jest zakochana? –zapytał znowu Niedźwiedź.
Pewnie, że jest!
Bardzo?
Płonie jak to ognisko!
I przez to nie je?
Dokładnie przez to.
I nie ma na to rady?
Złamane serce to nie futerko! –zawołała Elżbieta –Nie można się go tak zwyczajnie pozbyć!
Pani Elżbieto! –pisnął Porucznik –Znowu wyczuwam kpinę w pani głosie!
W moim? Doprawdy, to niemożliwe!
Tak, w pani! I ma pani rację, to niemożliwe!
Ech… Jaki ten świat koszmarny… -zauważył Niedźwiedź –Nieszczęśliwie zakochane świnki… Ptaki, które nie latają… I norki bez futerek… Hm… Poruczniku, czy brak futerka może doprowadzić do śmierci?
Myślę, że wprost przeciwnie –powiedział Porucznik –Właśnie po to pozbyłem się futerka, aby uniknąć śmierci z rąk kłusowników.
Kłusownicy? –zamyślił się Niedźwiedź –No tak! Na niedźwiedzie też polują, prawda?
Tak –przyznał Porucznik –Ale nie dla futerka. To znaczy myśliwi czasem zatrzymują skórę, ale nie z takich samych powodów, z jakich zatrzymaliby moje futerko.
Och! Co tam powód! –ryknął Niedźwiedź –Czy nie wie pan przypadkiem, panie Poruczniku, gdzie można znaleźć takiego myśliwego?
O, to nie takie proste! Trzeba najpierw trafić na sezon.
Sezon?!
Tak. Sezon polowania na niedźwiedzie –Porucznik zaczął obliczać po cichu czas polowań na dzikie zwierzęta –Według moich obliczeń… hm… wydaje mi się, że teraz jest sezon na latarnie uliczne…
Na latarnie uliczne?! –zdziwił się Niedźwiedź –A na co komu latarnie uliczne?
Otóż, widzi pan, panie Odrobinka, jakiś czas temu wymyślono konkurs, którym jest właśnie polowanie na latarnie. Uczestnicy tego konkursu muszą nocą schwytać wszystkie świecące latarnie, aż zrobi się zupełnie ciemno. Kto schwyta najwięcej dostanie w nagrodę prawdziwą latarnię morską i będzie mógł tam mieszkać przez cały rok, aż do kolejnego polowania. Tydzień przed sezonem zwycięzca sprząta całą latarnię na przyjście nowego zwycięzcy. Słyszałem, że ktoś wygrał te zawody dwadzieścia dwa razy z rzędu i mieszkał tam przez dwadzieścia dwa lata, aż uczestnicy stracili nadzieję na to, że latarnia kiedykolwiek zmieni właściciela i właśnie od tego czasu każda osoba może konkurs wygrać tylko raz.
Hm… nie miałem o tym pojęcia!
Ani ja… -bzyknęła kpiąco Elżbieta, po czym znużona przycupnęła na listku brzózki.
Poruczniku…
Tak, panie Odrobinka?
Poruczniku… mam do pana prośbę. Czy mógłby mi pan dać znać, gdy przyjdzie sezon polowania na niedźwiedzie?
Ależ oczywiście! –pisnął Porucznik –Po to są przyjaciele!
Zadowolony Niedźwiedź usiadł obok Porucznika i wystawił łapy do ognia.
Eugeniuszu… -kwiknęła cicho Augustynka.
O co chodzi? –ćwierknął Ptak i podskoczył bliżej przyjaciółki.
Czy można umrzeć z miłości?
Hm… może, jeśli się bardzo kocha…? A co?
Tak sobie myślę… Może ja umrę z miłości…?
Prędzej z głodu…
Ale to by było jakby z głodu miłości…
Nawet gdyby, to pamiętaj, że zmierzamy do lepszego miejsca, a tam wszystko powinno się jakoś ułożyć.
Augustynka uśmiechnęła się do Eugeniusza.
Zresztą… -dodał Ptak –Przecież masz mnie. Ja zawsze będę przy tobie.
Naprawdę?
Oczywiście!
Eugeniusz szturchnął Augustynkę dziobem, zachęcając, by podeszli bliżej Niedźwiedzia.
Dobranoc, panie Odrobinka –pisnął Porucznik i wtulił się w ciepłe futro przyjaciela –Niedźwiedzie na noc!
To by dopiero było… –zauważyła Elżbieta.
Dobranoc, panie Poruczniku –zawołał Niedźwiedź –Niech się panu przyśni futerko…
Wolałbym sobie nie robić aż tak wielkich nadziei –odparł Porucznik.
W takim razie niech się panu przyśni cieplejsze ubranko.
O, dziękuję. Naprawdę, to miło z pana strony. A panu niech się przyśni nowa praca.
Wolałbym sen o grubszej gałęzi.
No cóż… Niech więc będzie sen o grubszej gałęzi… Ranne niebo zasłoniły szare, deszczowe chmury.
O, pada… -stwierdził Niedźwiedź i podniósł się z legowiska –To będzie fantastyczny dzień… Idealny wręcz na samobójstwo.
Szkoda, że nie pilnowaliśmy ognia… -westchnął Eugeniusz.
Doprawdy! Gorzej chyba być nie może! –bzyknęła Elżbieta i sfrunęła z listka brzózki. Zgrabiała z zimna leciała przed siebie, nie zwracając uwagi na to, co dzieje się dookoła, gdy wtem wpadła wprost do paszczy ziewającego Niedźwiedzia. Nie zauważywszy drobnego owada Niedźwiedź połknął ją w całości.
Ten rzęsisty deszcz całkowicie zasłania nam widoczność –powiedział Porucznik –Jak pan myśli, panie
Odrobinka czy uda nam się odnaleźć właściwą drogę?
E… nie wydaje mi się… -odparł ponuro Niedźwiedź.
Co więc mamy robić?
Czy ja wiem…?
Hm… może jak zwykle pójdziemy przed siebie? –zaproponował Eugeniusz –Do tej pory to się sprawdzało.
Ma pan rację, panie Eugeniuszu! –zapiszczał walecznie Porucznik –A pan, panie Odrobinka niech się nie martwi! Z czasem na pewno pańskie niedźwiedzie zmysły przebudzą się z chwilowego odrętwienia, by wskazać nam właściwą drogę!
Tak… e… wszystko jedno… Chwilę później zwierzęta były gotowe do drogi. Porucznik zerwał duży liść dzikiego rabarbaru i szczelnie obłożył nim swe wełniane ubranko. Eugeniusz nastroszył piórka, a potem wyrwał kilka z ogona i zrobił z nich małą parasolkę.
Czy ktoś widział Elżbietę? –zapytała Augustynka i zaczęła rozglądać się po polanie.
Chyba spała na jakimś liściu… -powiedział niepewnie Eugeniusz.
Porucznik podbiegł pod legowisko Muchy.
Nie ma jej! –stwierdził przerażony.
Zwierzęta zaczęły przeszukiwać wzrokiem okolicę.
Elżbieto! Elżbieto! –wołały.
W tej samej chwili Niedźwiedź poczuł dziwne brzęczenie w okolicy żołądka. Zdziwiony przysiadł na trawie i zaczął nasłuchiwać.
Tu jestem! –wrzasnęła Elżbieta –Tu! W Niedźwiedziu!
A! –krzyknął Niedźwiedź –Coś mnie ugryzło w żołądek!
Augustynka podbiegła pod niedźwiedzi brzuch i zapytała:
Elżbieto, to ty?!
A niby kto?! –odpowiedział stłumiony głosik Muchy.
Co ty tam robisz?! –zapytał Eugeniusz.
No to jest chyba najgłupsze pytanie, jakie mogłeś mi w tej chwili zadać! –krzyknęła rozwścieczona Mucha.
Więc jak to się stało?! –dopytał Porucznik.
A jak myślisz?! Ten Niedźwiedź mnie połknął!
Nie! To nieprawda! –zawołał Niedźwiedź –Wcale jej nie połknąłem! Przynajmniej na pewno nie specjalnie…
O nie! –ćwierknął Eugeniusz –No to po prostu skandal! On zjadł Elżbietę!
Ojej! –kwiknęła Świnka.
Wcale jej nie zjadłem! Może niechcący…
Niechcący? Niechcący?! –powtórzył Eugeniusz –Niechcący wpadła ci do gardła, tak?
No właśnie! –przyznał Niedźwiedź –Może ziewnąłem i tak jakoś… się porobiło…
Tak jakoś? Tak jakoś?! Wypluj ją w tej chwili!
Nie! –wrzasnęła Mucha –Żadnego plucia! Dość tej zniewagi! Sama wyjdę!
Panie Odrobinka, niech pan szeroko otworzy paszczę –zalecił Porucznik.
Niedźwiedź otworzył paszczę, ale zaraz potem zamknął ją z powrotem. Westchnął dwa razy i powiedział:
Ale skoro Elżbieta już tam jest…
Co pan sugeruje, panie Odrobinka? –zapytał zaniepokojony Porucznik.
No, Elżbieta mogłaby mi pomóc… no wiecie… umrzeć…
Co to, to nie! –zawołała oburzona Mucha i zaczęła obijać się o wnętrzności Niedźwiedzia –Nigdy!
Wypuście mnie w tej chwili!
Ale… ale… gdyby choć cokolwiek… -Niedźwiedź nie dawał za wygraną –Cokolwiek! Krwotok z żyły albo przedziurawienie jakiegoś narządu… albo przyblokowanie krtani… zgadzam się na każde cierpienie.
Ale ja się nie zgadzam! –zawołała Mucha –Jeśli to się w ogóle źle skończy to zapewne dla mnie! Utopię się w krwi albo uduszę z braku powietrza!
Pani Elżbieta ma rację… -pisnął Porucznik –To zbyt ryzykowne… Załamany Niedźwiedź spuścił głowę. Z jego prawego oka wypłynęły dwie ogromne łzy i ześlizgnęły się po pysku, lądując na głowie Porucznika. Otulone liściem rabarbaru zwierzątko niepostrzeżenie starło łzy z ubranka i poklepało łapę zmartwionego przyjaciela. Zaraz potem Niedźwiedź otworzył paszczę, a Eugeniusz przezornie włożył mu między szczęki kilka cieniutkich patyczków, żeby nie zamknął jej za wcześnie.
A mówią, że jak się ma przyjaciół to można czuć się bezpiecznie! Doprawdy! Co za bzdura! –bzyczała
Elżbieta, wspinając się po przełyku. Wywoływała przy tym tak silne swędzenie, że na wszelki wypadek Porucznik wdrapał się na pysk Odrobinki i w odpowiednim momencie zatykał mu nos, by nie wyrzucił Muchy podczas kichnięcia.
Jak śmiałeś?! –wrzasnęła po wyjściu, zadając Niedźwiedziowi cios prosto w oko.
Niedźwiedź stracił na chwilę wzrok, a potem zaczął płakać.
Przepraszam… -wybełkotał –Jestem taki okropny… Taki bezużyteczny… Na dodatek krzywdzę inne zwierzęta… Moich drogich przyjaciół, którzy zgodzili się zabrać mnie do innej, lepszej krainy… Jestem taki podły…
A żebyś wiedział! –bzyknęła Mucha, oczyszczając skrzydełka z niedźwiedziej śliny.
Niedźwiedź wstał z mokrej ziemi, poczłapał w kierunku miejsca, gdzie jeszcze wieczorem płonęło ognisko i opadł na trawę, nie przestając łkać.
Idźcie dalej beze mnie… –mruknął –Nie jestem wam do niczego potrzebny…
Ależ panie Odrobinka! –pisnął Porucznik –Niezależnie od tego, co pan zrobił wciąż jest pan naszym przyjacielem!
Mucha zbladła.
Co?! –zawołała oburzona.
Właśnie! –ćwierknął Eugeniusz –Nie zostawimy cię!
Nigdy! –dodała Augustynka.
No coś podobnego! Doprawdy! –bzyknęła wstrząśnięta Elżbieta –Ależ to skandal! Przecież ja tu jestem najbardziej poszkodowana! Co z wami?!
Uspokój się, Elżbieto! –krzyknął Eugeniusz –Nie widzisz, że on jest na krawędzi?
Na krawędzi?! –Mucha zrobiła wielkie oczy –A ja to niby gdzie przed chwilą byłam? Za rogiem?!
Och, przecież nic złego ci się nie stało!
Nic złego? Nic złego?!
Ale zwierzęta przestały zwracać uwagę na awanturującą się Elżbietę i zaczęły pocieszać Niedźwiedzia. Mucha zawisła nieruchomo w powietrzu, ale nadmiar nie zdjętej niedźwiedziej śliny szybko ściągnął ją ku ziemi.
Doprawdy! –zakończyła rozwścieklona –I pomyśleć, że miałam taką okazję go załatwić!
Po południu zaczęło padać tak gwałtownie, że ścieżka, którą szły zwierzęta znikła pod wodą. Przesiąknięta nią ziemia zamieniła się w gęste błoto.
Hm… -chrumknęła Świnka.
Co tam, Augustynko? –zapytał Eugeniusz.
Hm… -powtórzyła –To dziwne… nigdy nawet nie dotknęłam błota, a teraz czuję… hm… że to całkiem przyjemne… Elżbieta podfrunęła bliżej Świnki i zdziwiona bzyknęła:
Błoto?! Przyjemne?! Ta brązowa, jak Niedźwiedź Odrobinka, obrzydliwie kleista, jak zawartość jego żołądka substancja ma być przyjemna?! Doprawdy! To niemożliwe! Zbyt wiele ma wspólnego z tym potworem!
Hm… sama nie wiem dlaczego –powiedziała Augustynka i zaczęła wodzić racicą po błocie –Ale gdy tak sobie idę… zupełnie to… miłe, takie lepkie i miękkie, nawet trochę jakby jedwabiste…
Jedwabiste?!
Elżbieta zbliżyła się do ziemi, usiadła na niewielkiej grudce błota i zaczęła badać ją przednimi odnóżami. Chwilę później podfrunęła pod głęboką kałużę i bez głębszego zastanowienia wskoczyła do środka.
Augustynko! –zawołała, wychylając głowę –Masz całkowitą rację! Ta ciecz jest fantastyczna!
Wiedziałam! –kwiknęła Świnka i wskoczyła za Muchą do kałuży.
Augustynka i Elżbieta zaczęły taplać się w błocie, od czasu do czasu obryzgując nim pozostałe zwierzęta.
Ale zabawa, prawda Elżbieto? –krzyknęła Świnka, wystawiając zabłocony ryjek.
Doprawdy! Nigdy bym nie przypuszczała! Świnie jednak wiedzą, co dobre!
Ech… -mruknął Niedźwiedź –A ja to bym się chciał po prostu zabić… Późnym popołudniem nareszcie przestało padać. Zadowolona Augustynka maszerowała za Eugeniuszem, niosąc na grzbiecie oblepioną błotem Elżbietę, która miała tak posklejane skrzydełka, że nie mogła latać.
Poruczniku… -zaczął Niedźwiedź –A właściwie, dlaczego nazywasz się „Porucznik”?
Och, to mój wojskowy stopień –odpowiedział dumnie Porucznik, rozluźniając kołnierz wełnianego ubranka.
Służyłeś w wojsku? –zapytała Mucha.
Tak, w FAN –odparł Porucznik.
FAN? A co to jest? –zdziwił się Eugeniusz.
Futerkowa Armia Niskich.
Futerkowa Armia Niskich?! –zawołały zwierzęta.
Tak, pod dowództwem marszałka Norki.
Zwierzęta obrzuciły Porucznika badawczym spojrzeniem, a potem tym samym spojrzeniem zaczęły obrzucać siebie nawzajem.
To było dawno temu, zanim zdecydowałem się wieść samotne życie na pustkowiu, z dala od moich najbliższych, no i oczywiście bez futerka… -wyjaśnił Porucznik.
A czy w tej Armii były jakieś przypadki samobójstw albo chociaż morderstw? –zapytał Niedźwiedź.
Ależ skąd! –oburzył się Porucznik –W Futerkowej Armii Niskich wszyscy żyliśmy w zgodzie i głębokim poszanowaniu!
Szkoda… -mruknął Niedźwiedź –Znikąd praktyki…
A czy stoczył pan jakąś walkę? –zapytała Augustynka.
Porucznik zdarł z siebie górę ubranka, zarzucił ją na grzbiet i pisnął z głęboką powagą:
Najsłynniejszą w tamtym czasie!
Ojej! –kwiknęła Świnka –Naprawdę?
Słyszeli państwo o Wielkiej Wojnie pod Spadzistymi Żołędziowcami?
Zwierzęta zamilkły na chwilę, a potem odparły zgodnie:
Nie.
O –pisnął rozczarowany Porucznik –Naprawdę nie słyszeli państwo?
Nie…
To była bardzo głośna bitwa. Właśnie podczas niej zostałem mianowany na porucznika, będąc przedtem starszym chorążym sztabowym.
Ale to dwa stopnie wyżej! –zauważył Eugeniusz.
No właśnie –przytaknął Porucznik –Nie chwaląc się moje zasługi były naprawdę ogromne.
A z kim w ogóle walczyliście? –zapytała Elżbieta, która właśnie zaczęła czyścić zabłocone skrzydełka, ocierając je o szczecinę Augustynki.
Z nieustraszoną Armią Rudokitnych.
Z kim?!
Z Armią Rudokitnych… -powtórzył Porucznik –O nich też państwo nie słyszeli?
Nie bardzo… -odpowiedział nieco zakłopotany Eugeniusz.
Armia Rudokitnych to najsilniejsza, poza nami, oczywiście armia wiewiórek Lasu Cisowego.
Jakiego lasu?!
Tego, który znajduje się obok gospodarstwa pani Augustynki –wyjaśnił Porucznik.
To nie żaden las! Ot, kilka drzew na krzyż! –zawołała Elżbieta.
Skąd pani wie?! –oburzył się Porucznik –Przecież nigdy pani tam nie była!
Och, w pewnym momencie życia osiąga się taką dojrzałość, że niektóre rzeczy można sobie wyobrazić – odparła spokojnie Elżbieta, strzepując sproszkowane błoto z nóżek –No, ale o co była ta bitka?
Nie żadna „bitka”, tylko najprawdziwsza, krwawa wojna wiewiórek z norkami! –odparł rozdrażniony
Porucznik.
Jak to „krwawa”? –wtrącił Niedźwiedź –Przecież mówił pan, że nie było żadnych morderstw.
No bo nie było! To znaczy były, ale nie tak, jak pan myśli…
Jak to nie tak, jak myślę? Morderstwo, to morderstwo!
To była wojna! Nigdy nie słyszał pan o śmierci na wojnie?
Słyszałem o różnych rodzajach śmierci. Właściwie to każdy rodzaj morderstwa jest dla mnie dobry, pod warunkiem, że oczywiście prowadzi do zgonu.
W porządku! Idźmy dalej –przerwała Mucha –O co była ta wojna?
O doroczny zbiór orzechów –powiedział z dumą Porucznik.
O co?!
O… doroczny… zbiór… orzechów… -powtórzył Porucznik, tracąc resztę pewności siebie.
Mucha chwyciła się za brzuch i opętana dzikim atakiem śmiechu spadła z grzbietu Augustynki.
Nie wytrzymam! –zawołała –Chyba padnę ze śmiechu! O doroczny zbiór orzechów! Doprawdy! Trzymajcie mnie!
A co cię będziemy trzymać! –ćwierknął Eugeniusz –I tak już spadłaś na ziemię!
Co za podłość! –pisnął Porucznik, czerwieniąc się ze złości –Znowu się pani ze mnie naśmiewa!
Przepraszam… -przerwał Niedźwiedź –Czy mógłbym zapytać jeszcze o te morderstwa?
A dałbyś wreszcie spokój! –bąknął Eugeniusz –Jak nie samobójstwa to morderstwa! To jakaś obsesja!
Ale gdyby Porucznik mógł zdradzić choćby najmniejszy szczególik…
Jaki znowu „szczególik”? –zapytał Porucznik.
No, na przykład, jak bardzo muszą być rozwścieczone wiewiórki, żeby rzucić się na niedźwiedzia?
Co?!
Albo… albo, ile statystycznie wiewiórek przypada na jednego niedźwiedzia w czasie bitwy?
Ale dlaczego wiewiórki miałyby walczyć z niedźwiedziami? –zapytała Augustynka.
A dlaczego nie? Z norkami walczyły.
O doroczny zbiór orzechów! –zakończyła Mucha i znowu zaczęła się śmiać. Eugeniusz odepchnął ją skrzydełkiem.
Hm… -mruknął –Jakoś nie wyobrażam sobie, żeby wiewiórka walczyła z niedźwiedziem…
Niech pan nie będzie taki pewny, panie Eugeniuszu –powiedział Porucznik –Wiewiórki, które ja znam potrafiłyby pokonać niejednego niedźwiedzia.
Takiego, jak ten na pewno! –bzyknęła rozochocona Mucha.
Nie przesadzaj, Elżbieto! Niedźwiedź Odrobinka to olbrzymi niedźwiedź –zauważyła Augustynka.
Olbrzymi, owszem. Ale daję głowę, że wystarczyłaby jedna mała mucha, mniejsza ode mnie, by ta czteronożna atrapa groźnego zwierza pomyślała, że lepiej się zabić niż stanąć z nią oko w oko.
O, przepraszam –warknął Niedźwiedź –Nie jestem tchórzem!
Oczywiście, że jesteś! –bzyknęła stanowczo Mucha –Jesteś największym tchórzem na świecie! No, może oprócz tego Ptaka, który boi się zwykłego lasu…
Hej! –zaprotestował szybko Eugeniusz, ale niewzruszona Mucha mówiła dalej:
Te zwierzęta mają swoje problemy, a jednak starają się im zaradzić, a ty co robisz? Poddajesz się!
Wcale się nie poddaje! Też próbuję zaradzić mojemu problemowi.
A niby jak?! Przez samobójstwo?
To właśnie jest rozwiązanie mojego problemu.
Akurat! To żadne rozwiązanie! To poddanie się! Ty tchórzu!
Przestań! –warknął znowu Niedźwiedź –Nie nazywaj mnie tak!
Tchórz! –powtórzyła Mucha, a potem zaczęła podskakiwać na ziemi, wciąż nie mogąc wzbić się w górę.
Eugeniusz stanął między nimi, usiłując ich uciszyć. Augustynka również próbowała włączyć się do rozmowy, ale gdy Porucznik zaczął krzyczeć zapomniała o wszystkim, o czym zamierzała powiedzieć i stuliła uszy.
Jak można być takim tchórzem? –wołała Elżbieta –Nawet ta Świnia jest odważniejsza od ciebie, bo wiadomo, że nie ma większego bólu od złamanego serca! Zresztą, co tam Świnia! Ta łysa Norka…
Tego już za wiele! –pisnął Porucznik –Jeśli jeszcze raz mnie pani obrazi, to…
To co?!
To… to… to pożałuje pani tego!
Patrzcie, jak się boję! –zadrwiła Mucha –Prawie tak bardzo, jak tego Niedźwiedzia!
Ale Niedźwiedź już nikogo nie słuchał. Podniósł się powoli z trawy, stanął na tylnych łapach i ryknął nagle z tak ogromną siłą, że przestraszone zwierzęta padły na ziemię. Chwilę potem usiadł na trawie i zaczął rozglądać się dookoła.
Nareszcie… -powiedział, dostrzegając w oddali Głębokie Jezioro.
Przerażone zwierzęta wciąż leżały na ziemi. Dopiero, gdy Niedźwiedź wstał z trawy i zaczął iść w kierunku Jeziora odważyły się podnieść wzrok.
Słyszeliście to? –zapytał szeptem Eugeniusz, pełznąc w kierunku pozostałych.
Urzeczony widokiem Niedźwiedź przechadzał się po okolicy. Co pewien czas zrywał jeden z rosnących wokoło kwiatków i dołączał go do układanego bukietu.
Podejdźcie! –krzyknął –Jak one pięknie pachną!
Odbiło mu! –bzyknęła zdezorientowana Mucha, wyczołgując się spod ucha Augustynki.
Zwierzęta zbliżyły się do Niedźwiedzia, który teraz stał oparty o sosnę i wsłuchiwał się w śpiew skowronka.
Posłuchajcie, jak on cudownie śpiewa… -powiedział –Eugeniuszu, dlaczego nigdy nie słyszałem twojego śpiewu?
Eugeniusz jęknął zaskoczony.
Ja… -zaczął.
No dalej! –zawołał łagodnie Niedźwiedź.
Ale…
Tylko mi nie mów, że śpiewać też nie potrafisz.
O tak, tak! Oskubmy go jeszcze z piór! –zawołała rozbawiona Elżbieta i zamiast trącić porozumiewawczo
Augustynkę trąciła przypadkiem Porucznika, który natychmiast spojrzał na nią tak, jak wymagała tego sytuacja.
Zaśpiewaj dla mnie, Eugeniuszu… -poprosił znowu Niedźwiedź
Eugeniusz wyprostował się, nabrał powietrza i zaczął śpiewać. Jego urzekający trel wypełnił całą okolicę, wlewając radość i nadzieję w serca zwierząt.
Bajecznie… -westchnął Niedźwiedź, zbliżając się do Jeziora –Spójrzcie… Jaka błękitna woda… O! Widzę rybkę…
Tak… -przyznał Porucznik –To idealne miejsce na wypoczynek.
I na kąpiel! –dodała Augustynka.
I na przepierzenie! –wtrącił Eugeniusz.
Prze… co?! –zakpiła Mucha.
I na śmierć! –zawołał Niedźwiedź, a potem rzucił się w kierunku wody.
Ojej! –kwiknęła Augustynka i pobiegła za Niedźwiedziem.
Ależ panie Odrobinka! –pisnął Porucznik i pobiegł za Augustynką.
Trzymajcie go! –ćwierknął Eugeniusz i pobiegł za Porucznikiem.
Ale Niedźwiedź był już przy brzegu. Nie zwracając uwagi na słowa przyjaciół wskoczył do Jeziora i… wylądował na dnie najpłytszej części, która nie zakryła go nawet w połowie. Woda rozbryznęła się na wszystkie strony, ochlapując znieruchomiałe ze zdziwienia zwierzęta.
Coś mi się zdaje, że jednak wszystko z nim w porządku… -powiedziała znudzona Elżbieta –Zmęczyłam się… Idę popływać.
Mucha kiwnęła na Augustynkę, zachęcając ją do wspólnej kąpieli w Jeziorze, ale zszokowana Świnka niczego nie zauważyła więc Elżbieta samotnie odpełzła w stronę brzegu. Niedźwiedź podniósł się z zakamuflowanego błotem dna i zaczął masować obolałe części ciała.
Nie mogę w to uwierzyć…! –zawył –Znowu mi się nie udało…!
Eugeniusz odchrząknął delikatnie, spoglądając niepewnie na Niedźwiedzia i szepnął do Augustynki:
To trochę głupie, tak się rzucać na płytkie jezioro…
Tak, ale miało być głębokie… -zauważyła Świnka.
Masz rację. Głębokie Jezioro…
Jakkolwiek by nie było z całą pewnością nie jest głębokie w tym miejscu –zakończyła Augustynka.
No po prostu nie mogę w to uwierzyć! –szlochał Niedźwiedź.
Ojej, no to nie pańska wina, panie Odrobinka! –powiedział Porucznik –To te niesprzyjające okoliczności.
Wszystko to wokoło takie rozpraszające.
Właśnie ze względu na okoliczności zamierzałem się tutaj zabić. Doskonała aura! Nie sądzę, by komuś udało się znaleźć lepsze miejsce na zakończenie życia.
Właściwie to masz rację –przyznał Eugeniusz i przymrużył powieki –Wspaniały krajobraz i świeże powietrze…
Aha! –kwiknęła Świnka –Idealny widok przed śmiercią.
Nie rozczarowuje! –podsumował Eugeniusz.
I nie zniechęca! –zakończyła Augustynka.
Racja! Jakby na to nie patrzeć –pisnął Porucznik –wcale niezła perspektywa… Hm… zastanawiam się, czy sam nie powinienem zakończyć tu paru rzeczy…
O przepraszam bardzo! –zaprotestował stanowczo Niedźwiedź –Ja to miejsce pierwszy zaklepałem!
Tak… trzeba przyznać, że masz gust! –ćwierknął Eugeniusz.
Więc dlaczego mi się nie udało?! –zaryczał Niedźwiedź.
Widocznie to nie był jeszcze pański czas, panie Odrobinka –stwierdził Porucznik –Wielu czeka na takie warunki.
Tak, tak! –zgodził się Eugeniusz –Nie jednemu marzy się poetycki zgon.
Och, dajcie spokój! –krzyknął Niedźwiedź –Przecież jesteście moimi przyjaciółmi! Pomóżcie mi się zabić!
Zwierzęta zaniemówiły. Eugeniusz oparł się o Augustynkę, Augustynka oparła się o Porucznika więc obciążony Porucznik upadł na trawę. Kiedy Świnka pomagała mu wstać w oddali rozległ się jakiś straszliwy bzyk.
Ojej, patrzcie! –kwiknęła Augustynka –To Elżbieta!
Przerażona Mucha biegła w ich stronę, uciekając przed czymś dużym i zielonym. Usiłowała poderwać się do lotu, ale nie mogła tego zrobić, ponieważ mokre skrzydełka plątały jej odnóża. Bzyczała więc najgłośniej, jak potrafiła, wzywając pomocy. Na jej szczęście zielone coś potknęło się o wystający kawałek trzciny i runęło na ziemię. Ledwo żywa Mucha wskoczyła za Niedźwiedzia i przyczepiła się do jego futra.
Coś podobnego! Doprawdy! –zabzyczała –Coś podobnego!
Napastnik wstał z trawy i zaczął rozglądać się dookoła.
Hm… nie widzieliście przypadkiem muchy? –zapytał.
Skandal! –zawołała Elżbieta –No po prostu skandal!
A coś ty za jeden? –zapytał Eugeniusz.
O, przepraszam. Jestem Albin Żabiszoł. Ma się rozumieć jestem płazem, a ściślej mówiąc ropuchem.
Żabiszoł?! –zdziwiła się Augustynka.
To mój pseudonim sceniczny –wyjaśnił Ropuch –Koniecznie z akcentem na „i”.
Jest pan artystą? –zapytał Porucznik.
Ależ oczywiście! –odpowiedział Ropuch –Co prawda wciąż jeszcze nie odkrytym, ale już niebawem moje nazwisko będzie zdobić szyldy oper na całym świecie!
A więc jest pan śpiewającym artystą.
Jasne! –zawołał Ropuch, a potem odchrząknął, stanął na tylnych płetwach i zaśpiewał: Gdy jesteś sam, jak smutny cień
i z mdłego snu nie możesz wyjść gdy wszystko, co masz, to zły dzień nie płacz! polub to, co ma przyjść! koniec twój zaplanowany wciąż dostajesz packą w oczy i nie czujesz się kochany pomyśl: los jeszcze zaskoczy! trudno. nie potrzebne futro zdrowszy spacer, niż latanie popatrz w przyszłość, to już jutro najpiękniejsze jest czekanie! Augustynka kwiknęła, Niedźwiedź mruknął, Eugeniusz ćwierknął, Porucznik pisnął, a Elżbieta zmarszczyła brwi, nienawistnie zezując na Ropucha.
Hm… czy ktoś coś z tego zrozumiał? –zapytał po chwili Porucznik i odwrócił się w stronę Eugeniusza.
Ja tam nie mam rozeznania –stwierdził Eugeniusz –Dotąd nie słyszałem żadnej śpiewającej żaby.
Ropucha! –poprawił go Albin –Śpiewającego ropucha!
Tak więc, jak masz zamiar, Ropuchu…
Och, wolałbym, gdybyście używali mojego pseudonimu scenicznego –powiedział Albin.
Więc jak masz zamiar, Albinie Żabiszoł zdobyć wszystkie opery na świecie?
Przepraszam… nie chciałbym się powtarzać… Żabiszoł z akcentem na „i”…
O, to ja przepraszam, Albinie Żabiszoł… -ćwierknął zawstydzony Eugeniusz.
To proste! –odparł Albin –Mam zamiar wyruszyć do jakiegoś wielkiego miasta!
Niezły pomysł! –przyznał Porucznik.
O nie! Tylko nie to! –bzyknęła oszołomiona Mucha, dławiąc się niedźwiedzią sierścią –Zaraz mu zaproponują, żeby poszedł z nami!
Augustynka podeszła bliżej Ropucha i przysiadła obok niego na trawie.
My właściwie też jesteśmy w podróży… -oznajmiła.
Naprawdę? –zainteresował się Albin –A nie zmierzacie przypadkiem w kierunku jakiegoś wielkiego miasta kariery?
Tego, szczerze mówiąc nie wiemy… -odpowiedział Porucznik –Idziemy przed siebie…
Przed siebie?! Tak po prostu przed siebie?! Bez celu?!
O nie! –kwiknęła Świnka –Cel mamy! Jak najbardziej! Idziemy do lepszej krainy.
Lepszej? –zdziwił się Albin –A od czego lepszej?
No, od tego, gdzie się znajdujemy teraz –wyjaśnił Eugeniusz
Aha… A czy w tej lepszej krainie można zrobić karierę? Bo widzicie, ja właściwie nie znam żadnego karierowego miasta… Bo… bo wiecie… ja jeszcze nigdy stąd nie wyjeżdżałem…
Ojej! –zawołała Augustynka –Naprawdę?
Jakoś nie było okazji…
No to niech pan idzie z nami –powiedział po chwili namysłu Porucznik –Jestem pewien, że tam, dokąd zmierzamy znajdzie się szczęście dla każdego z nas.
A nie mówiłam?! –zabzyczała wściekle Mucha.
Mówiłaś –przytaknął Niedźwiedź.
Nie całkiem jeszcze sucha Elżbieta wgramoliła się na niedźwiedzi pysk. Jej odnóża łaskotały Odrobinkę w nos więc zaczął na niego dmuchać, usiłując się w ten sposób podrapać.
Dziękuję! –zawołał uradowany Ropuch i rzucił się na Porucznika.
Naprawdę nie ma za co! –zapiszczał Porucznik, próbując wyswobodzić się z ropuszych objęć.
Właściwie, to nie znam waszych nazwisk… -zauważył Albin, ocierając łzy wzruszenia.
O, rzeczywiście –ćwierknął Ptak, podając Ropuchowi prawe skrzydło –Jestem Eugeniusz Nielot, to
Porucznik Norka… obok Świnka Augustynka, Niedźwiedź Odrobinka i Elżbieta Bzycząca… Zaraz, zaraz… Gdzie jest Elżbieta?
Tutaj –mruknął Niedźwiedź i niechcący zdmuchnął Muchę z pyska. Sparaliżowana przebiegiem sytuacji
Elżbieta nie zdążyła rozłożyć skrzydełek i poturlała się wprost pod płetwy Ropucha.
O, jest moja muszka! –zawołał Albin i wyrzucił swój długi język, który błyskawicznie oplótł Muchę.
Nie! –ryknął Niedźwiedź, łapiąc Ropucha za szyję –Puszczaj Elżbietę!
Przygnieciony Albin natychmiast rozluźnił uścisk i pokiereszowana Elżbieta opadła na trawę. Eugeniusz i Porucznik rzucili się na Ropucha.
Prawdziwy z ciebie Albin Żabiszoł! –pokręcił głową Eugeniusz, przytrzymując Ropucha za tylne płetwy.
Szczerze zwątpiłem w sens zabrania pana z nami! –dorzucił Porucznik, grożąc Albinowi łapką.
Niedźwiedź chwycił Elżbietę za skrzydełka i położył ją z powrotem na swoim pysku.
No to po prostu nie do pomyślenia, żeby tak bez skrępowania, ni stąd, ni zowąd! –ćwierknął Eugeniusz i otarł mokre czoło.
Właśnie! –przyznał Porucznik –Na dodatek z przyjemnością!
Gdzie w ogóle jest Elżbieta? –zapytał Eugeniusz, odrywając się od Ropucha –Czy nic jej się nie stało?
Chyba nie… -odparł Niedźwiedź, zezując na swój nos.
Ropuch podniósł się z trawy i zaczął masować obolałą szyję.
Ojej, no ale właściwie co ja takiego zrobiłem? –zawołał.
Co zrobiłeś?! –oburzył się Eugeniusz – Jak to co zrobiłeś? O mało nie pożarłeś naszej przyjaciółki!
Co?! –zdziwił się Albin –Tej muchy?!
Tej Muchy! –powtórzył Porucznik –Jak pan mógł?!
Czy ja wiem…? Głodny jestem… Ostatnio żywiłem się samymi roślinami… Chciałem się odrobinę wzmocnić… Słyszałem, że od mięsa poprawia się głos… Zresztą, nie wiedziałem, że to wasza przyjaciółka.
Gdybym wiedział z pewnością bym jej nie zjadł. Eugeniusz spojrzał podejrzliwie na Ropucha i znowu złapał go za płetwy.
Niedźwiedź zastrzygł uszami.
Przepraszam bardzo –wtrącił żywo –Czy ktoś coś mówił o mordercach?
Ja mu wierzę –przerwała Augustynka.
Co?! –zdziwił się Porucznik.
Wierzę mu –powtórzyła Świnka –Każdemu mogło się zdarzyć.
Zjeść przyjaciela?!
Jeszcze się nie przyjaźnimy. A poza tym niedawno przeżywaliśmy już coś podobnego.
Ale to było przypadkiem! –zawołał szybko Niedźwiedź –Ziewałem i w ogóle…
Przykład Albina Żabiszoł też należy rozumieć jako przypadek –zakończyła Augustynka –Mógł przecież trafić na inną muchę.
Zwierzęta pogrążyły się w głębokiej zadumie. Najszybciej z niej otrząśnięty Porucznik podskoczył do Ropucha i zapytał:
Panie Albinie Żabiszoł, czy jest pan gotów uroczyście przysiąc, że nigdy, ale to nigdy więcej nie wyrządzi pan krzywdy Elżbiecie Bzyczącej, naszej wielkiej współtowarzyszce? Że będzie pan dla niej zawsze dobry, tak by mogła pana obdarzyć najszczerszą przyjaźnią?
Po mojej śmierci! –bzyknęła Mucha.
Ale najpierw będzie moja! –doprecyzował Niedźwiedź.
Ropuch próbował podnieść się z trawy, ale nie mógł tego zrobić, ponieważ wciąż przytrzymywał go Eugeniusz.
Puszczę cię dopiero, gdy przysięgniesz! –ćwierknął Ptak.
Ależ panie Eugeniuszu! –zaprotestował Porucznik –Przysięga musi być dobrowolna! Zresztą, pan Albin
Żabiszoł powinien przy tym podnieść lewą płetwę do góry, a prawą położyć na sercu.
No cóż… Ale będę cię miał na oku! –zagroził Eugeniusz, a potem puścił Ropucha.
No i co, panie Albinie Żabiszoł? –zapytał Porucznik.
Jestem gotów przysiąc –odparł Ropuch, a gdy to zrobił Porucznik odetchnął z ulgą.
Nareszcie wszystko jak w bajce –pisnął.
Ropuch uścisnął zwierzętom łapy. Elżbieta, ciągle jeszcze obrażona udała, że tego nie widzi i wtuliła się w sierść Niedźwiedzia. Niebo stopniowo zmieniało kolor na ciemniejszy. Zwierzęta postanowiły poszukać jakiegoś miejsca na nocleg.
A dlaczego wy właściwie szukacie tej lepszej krainy? –zapytał Ropuch, udając się w kierunku płytkiego bajorka, w którym miał zamiar spędzić noc.
Ponieważ tam, gdzie dotąd mieszkaliśmy nie wiodło nam się najlepiej –odpowiedziała ponuro Augustynka.
Mieliście problemy?
Niestety tak… -ćwierknął Eugeniusz.
Wszyscy?! –zdziwił się Ropuch.
Naturalnie! –pisnął Porucznik –Kto ich nie ma…?
Naprawdę?! Bo według mnie wyglądacie zupełnie normalnie. Ale oczywiście mogę się mylić. Nie wszystko widać od razu. Zwłaszcza, jeśli to problemy natury psychicznej. Cóż… nawet mi wyglądacie na emocjonalnie niezrównoważonych. Zwłaszcza po tej akcji z Muchą… Nieskore do tłumaczenia zwierzęta ułożyły się na trawie. Jednak zaintrygowany Ropuch pytał dalej.
A może najzwyczajniej za proste z was stworzenia, by samodzielnie uporać się z problemami, które was gnębią? Może ja mógłbym wam pomóc? Co wam właściwie dolega?
Augustynka spojrzała na Eugeniusza, Eugeniusz spoglądnął na Augustynkę, potem na Elżbietę, która również rzuciła okiem w jego stronę. Niedźwiedź westchnął tylko, nie patrząc na nikogo. W końcu najmniej zmęczony Porucznik powiedział:
Pan Eugeniusz nie lata.
No jak już się pan zdecydował mówić, panie Poruczniku to trzeba było zacząć od siebie! –oburzył się
Eugeniusz.
Ten… ptak?! –zapytał zdziwiony Ropuch i zakrztusił się wodą, którą właśnie płukał gardło.
Tak, ja! –odpowiedział dumnie Eugeniusz.
Och! –zawołał Ropuch –W takim razie, w jaki sposób dostawałeś się do gniazda?
Ja… nie mieszkałem w gnieździe…
A gdzie?
W opuszczonym, krecim kopcu.
Aha… Ale musiało w nim być strasznie ciemno!
E tam! –ćwierknął wesoło Ptak –Do wszystkiego można się przyzwyczaić!
Ropuch usiadł przy brzegu bajorka i zamoczył w nim płetwy.
A reszta?
Porucznik jest przeciwnikiem noszenia futer –oznajmiła Augustynka.
Naturalizm? –zapytał Ropuch.
Porucznik pokręcił głową.
Za gorąco ci było…? –drążył dalej Ropuch.
Porucznikowi opadła szczęka.
I co, nie przewidziałeś, że się zimno zrobi, tak? Stąd to ubranko?
Porucznik oprzytomniał. Zamierzał coś powiedzieć, ale Albin zaopiniował:
Trzeba było sobie załatwić sztuczne futerko. Mniej by się rzucało w oczy… Znużony Ropuch ziewnął szeroko i wycelował wzrok w Augustynkę.
A ty, Świnko? –zapytał.
Augustynka jest zakochana –ćwierknął Eugeniusz.
Rozumiem, że nieszczęśliwie –zauważył Ropuch.
Jak pan się tego domyślił?! –zapytał szczerze zaskoczony Porucznik.
No przecież idzie z wami… Porucznik skulił się z zakłopotania.
W każdym razie, gratuluję! –zawołał Ropuch –Miłość to najpiękniejsza rzecz, jaka może nam się przytrafić w życiu!
Świnka kwiknęła boleśnie i spuściła uszy na oczy.
A ta wasza wielka współtowarzyszka?
To Mucha –zauważył Eugeniusz.
Albin wpadł w zadumę.
Hm… muchy bywają uciążliwe… -stwierdził.
Porucznik, Augustynka i Eugeniusz wymienili spojrzenia, a potem zgodnie pokiwali głowami. Albin zagłębił się w analizę.
Czy jest na przykład wybuchowa? –zapytał.
No, czasami jej się zdarzy wybuchnąć… -przyznała Augustynka.
Czerwona ze złości Elżbieta uczepiła się niedźwiedziej sierści i zaczęła podsłuchiwać.
Pewnie lubi też obrażać innych…?
Tak, to również jej się zdarzy… -potwierdził Porucznik
Zmyśla?
Hm… owszem, opowiada różne dziwne historie… -ćwierknął Eugeniusz –Ale skąd ty to wszystko wiesz?
Och, jestem po prostu niewyobrażalnie inteligentnym Ropuchem… -odparł spokojnie Albin –No, a co z tym
Niedźwiedziem?
Pan Odrobinka pragnie się zabić –zdradził Porucznik.
To prawie oczywiste –powiedział Ropuch, dłubiąc w przednich zębach trzciną –Dzisiaj powodów nie brakuje. To co, długi czy nałogi?
Ani jedno, ani drugie –stwierdził Eugeniusz –Problemy z pracą…
A tak… Bezrobocie. Nic dziwnego… Mnie tam właściwie nic do tego, ale jak ty to sobie wyobrażasz?
Niedźwiedź wzruszył ramionami.
No… po prostu się zabiję… -odparł.
Jak to „po prostu”?! Nic nigdy nie dzieje się „po prostu”! Co potem?
Potem…? –zapytał niepewnie Niedźwiedź.
No co potem? Kto cię pochowa?
Pochowa?!
No oczywiście… Nawet nie wziął tego pod uwagę… -stwierdził smętnie Ropuch i spojrzał z wyrzutem na
Niedźwiedzia –Co ty sobie myślisz? Że takie zwierzęta dadzą radę cię pochować? Mucha, mały ptak, licha norka i nieszczęśliwie zakochana, a więc już z założenia bezsilna świnia?!
Ale… ale… ja nie wiedziałem…
Jak to?! To znaczy, że twoi przyjaciele w ogóle cię nie obchodzą? Nie interesuje cię, co się z nimi stanie?
Że będą mieli tyle do zrobienia? Że ich małe łapki spuchną od ciągłego kopania? I czym oni w ogóle mają wykopać taki ogromny dół?!
Nigdy o tym nie myślałem w ten sposób…
To widać! –rzucił Ropuch.
Niedźwiedź chwilę siedział w milczeniu, przypatrując się uważnie wątłym posturom przyjaciół, aż w końcu powiedział z żalem:
Ja i tak bym się chciał zabić…
Cóż… zrobisz, jak zechcesz, ale pamiętaj o przyjaciołach –skwitował Ropuch, a potem zapytał –A co ty w ogóle robiłeś, gdy jeszcze nie miałeś zamiaru się zabić?
Pracowałem w cyrku… -odparł marudnie Niedźwiedź –Grałem na organkach… Ale mnie wyrzucili…
Znakomicie!
No wiesz! –ćwierknął Eugeniusz –My się raczej nie cieszymy z nieszczęścia przyjaciela!
Nie, nie… nie o to mi chodziło! –zawołał Ropuch, a potem zwrócił się do Niedźwiedzia –Dobrze grałeś na tych organkach?
Bardzo dobrze –mruknął Niedźwiedź –Znam wszystkie nuty i gamy i… i wszystko…
Wspaniale! Wspaniale! Możesz więc mi akompaniować!
Co?! –zdziwił się Niedźwiedź.
Ależ oczywiście! –krzyknął Albin i natychmiast zaczął śpiewać –To przeznaczenie! Los mi ciebie zesłał!
Albinie…
Przepraszam, ale byłbym wdzięczny, gdybyś używał całego mojego pseudonimu scenicznego.
A tak… wybacz… -powiedział zakłopotany Niedźwiedź –Albinie Żabiszoł… sam nie wiem… usiłuję się teraz skoncentrować na czymś innym…
Na wszystko przyjdzie pora!
Ale… zrozum, od dawna nie grałem… nie wiem, czy dałbym radę…
Nonsens! Zaufaj doskonałemu artyście, jakim bez wątpienia jestem! Poprowadzę cię! –krzyknął znowu
Albin, a potem skoczył do Niedźwiedzia i zaczął opowiadać mu o swoim repertuarze. Augustynka wstała z trawy i udała się w stronę Głębokiego Jeziora. Zamierzała wziąć kąpiel, by pozbyć się zaschniętego na skórze błota. Kiedy wróciła na polankę wszyscy jej przyjaciele spali już wtuleni w niedźwiedzie futro. Położyła się więc obok nich i zasnęła.
To w którą stronę teraz idziemy? –zapytał zaspany Eugeniusz, odwracając głowę od porannego słońca.
Trudno powiedzieć… -odparł zakłopotany Porucznik –Przebrnęliśmy już przez wszystkie wyznaczone miejsca… Panie Odrobinka, czy wie pan, co jest dalej?
Nie za bardzo… -mruknął Niedźwiedź –Moja orientacja urywa się na Głębokim Jeziorze…
Ciężka sprawa… -ćwierknął Eugeniusz –A czy ty, Albinie Żabiszoł, orientujesz się w terenie?
Przecież mówiłem, że nigdy tego miejsca nie opuszczałem…
Ojej! –kwiknęła Świnka –Więc co robimy?
Pani Elżbieto, może pani ma jakiś pomysł? –zapytał Porucznik, wdrapując się na niedźwiedzi grzbiet.
Ale wpatrzona w niebo Elżbieta udawała, że go nie widzi.
Pani Elżbieto… -powtórzył Porucznik.
Doprawdy! Nie rozumiem, dlaczego nagle chcecie pokładać nadzieje w tak uciążliwym owadzie? –bzyknęła z pretensją, nieświadomie wyrywając włos z ucha Niedźwiedzia. Niedźwiedź zniósł to z pokorą.
Zwierzęta zwiesiły głowy.
Proszę bardzo! Miejcie odwagę i przyznajcie, co wam konkretnie we mnie ciąży! Moja nieustraszoność?
Niewątpliwa kobiecość? Radość życia? Szybkość i zdecydowanie? Przebojowość? Marskość wątroby?
Co?! –ćwierknął Eugeniusz.
CISZA! –krzyknęła Elżbieta –Pomyliło mi się!
Och, niech pani nie bierze tego do siebie. Wszyscy mamy wady –pisnął spokojnie Porucznik.
Wypraszam sobie! Ja nie mam wad! Doprawdy! Jak śmieliście?!
Nie przytaknęliśmy niczemu, co nie byłoby prawdą –stwierdził Eugeniusz.
Jak to nie?! A kto powiedział, że lubię obrażać innych, co?
No… czasami jest pani dla mnie niemiła –zauważył Porucznik –Ciągle się pani ze mnie naśmiewa.
Wcale się nie naśmiewam! –bzyknęła Mucha, przypadkiem opluwając Porucznika –Mówię prawdę!
W bardzo brutalny sposób! –zakończył Porucznik.
Ach tak! –krzyknęła zadowolona Elżbieta –Czyli jednak przyznajesz, że mówię prawdę?
Tego nie powiedziałem –pisnął wytrącony z równowagi Porucznik.
Właśnie, że powiedziałeś! Przed chwilą powiedziałeś, że…
Tak, tak –potwierdził Eugeniusz –Powiedział pan.
Dobrze. Powiedziałam. Ale tylko po to, by udowodnić, że pani się ze mnie naśmiewa!
Elżbieta zamilkła na chwilę, po czym znowu zawołała:
Nie jestem wybuchowa!
No nie wiem… -powiedziała Augustynka –Czasami zdarzy ci się na kogoś nakrzyczeć bez powodu…
Kiedy na przykład?
Na przykład wtedy, gdy przez pomyłkę cię połknąłem –zauważył Niedźwiedź.
To akurat nie był dobry przykład… -dodał ciszej Eugeniusz i pokręcił głową.
Bo mnie połknąłeś! –Mucha sfrunęła z głowy Niedźwiedzia i zaczęła krążyć wokół jego nosa.
Ale przez pomyłkę! –powtórzył bliski płaczu Niedźwiedź.
Jakie to ma znaczenie przez co?! O mało nie umarłam! Zresztą, prawie jakbym umarła! Już, już żegnałam się z życiem! Ostatkiem sił błagałam los o jedną, krótką chwilę, by móc raz jeszcze nacieszyć się światem!
Patrzyłam w zachłanne oczy śmierci! Czułam na gardle jej lodowate szpony…
Dobrze, dobrze –przerwał Eugeniusz –Wybuchłaś i tyle!
Żebyś czasem ty zaraz nie wybuchł! –wrzasnęła Elżbieta, układając pierwszą parę odnóży w cios jujitsu.
Eugeniusz przewidywalnie zasłonił sobie oczy. Porucznik i Augustynka na wszelki wypadek zrobili to samo. Straszliwy moment ciszy przerwał odgłos porannej toalety Albina. Niedźwiedź niepostrzeżenie podsunął łapę pod wiszącą nad głowami zwierząt Muchę.
Naprawdę bardzo, bardzo żałuję Elżbieto, że w odwecie nie możesz mnie teraz połknąć… -mrukną.
Mucha odwróciła się ostrożnie w stronę łba Niedźwiedzia, spojrzała w jego przepełnione łzami oczy i powiedziała łagodnie:
No, jeśli tak sprawy stoją, to… Cóż, wybaczam ci… Niedźwiedź uśmiechnął się do Elżbiety, Elżbieta również uśmiechnęła się do Niedźwiedzia, a potem jak gdyby nigdy nic krzyknęła:
Ale tego, że zmyślam to wam nie wybaczę!
Szczerze mówiąc, to ja w to polowanie na nosorożce nigdy do końca nie uwierzyłem… -powiedział
Eugeniusz.
Jak śmiesz, ty Nielocie! –bzyknęła Mucha i sfrunęła z łapy Niedźwiedzia –Doprawdy! To niedopuszczalne!
Zarzucasz mi kłamstwo?!
Nosorożce na pustyni?! –zawołał Eugeniusz –To niemożliwe!
Co za zaściankowość! Doprawdy! Brak mi słów! –powiedziała Elżbieta i urażona do granic odfrunęła w kierunku Głębokiego Jeziora.
No i widzicie! Obraziła się!
Nie powinieneś był jej dokuczać! –skarciła Eugeniusza Augustynka.
Właśnie! –pisnął Porucznik –Prawda, panie Odrobinka?
Ale Niedźwiedź nie odpowiedział. Oddalił się od grupy i poczłapał w kierunku brzegu. Zaraz potem usiadł niedaleko Elżbiety i powiedział:
Nie gniewaj się, Elżbieto… Ja ci wierzę.
Naprawdę? –zapytała Mucha i poderwała się z miejsca.
Oczywiście! –odparł Niedźwiedź –A te nosorożce… no wiesz… czy one mogą zabić?
Pewnie, że mogą! Są bardzo niebezpieczne! I mają rogi!
O! Takie do zabijania?
Nie tylko! Do rozszarpywania, wbijania, kłucia i ranienia!
Och! W takim razie… hm… czy moglibyśmy się kiedyś razem wybrać na tę pustynię?
Ależ oczywiście! –zawołała uradowana Mucha –Będzie mi bardzo przyjemnie!
Chwilę później Niedźwiedź i Elżbieta wrócili do reszty przyjaciół. Porucznik podczołgał się nieśmiało do Muchy i zapytał:
Pani Elżbieto, pani najlepiej orientuje się w terenie… Co pani radzi dalej robić?
Proponuję jak zwykle iść przed siebie! –bzyknęła ochoczo Mucha.
A co nam to da? –zapytał niedbale Albin.
Do tej pory dawało dużo! –wrzasnęła Elżbieta i spojrzała z odrazą na Ropucha –Zawsze dochodziliśmy do właściwego miejsca!
Elżbieta ma rację! –stwierdził Eugeniusz –Idziemy!
Pełne zapału zwierzęta ruszyły naprzód. Porucznik Norka jak zwykle zaczął wyprzedzać przyjaciół w drodze, by badać mijany teren. Idący niedaleko niego Eugeniusz Nielot przekładał cieplejsze piórka na ogonek, a chłodniejsze na skrzydełka, którymi przy okazji się wachlował. Świnka Augustynka szła za nim, usiłując stawiać kroki dokładnie w tych samych miejscach. Albin Żabiszoł odłączył się od grupy i wskoczył w wysoką trawę, by na otwartym terenie nie poparzyć swej delikatnej skóry. Niedźwiedź Odrobinka człapał na końcu. Wciąż przystawał i rozglądał się na boki, podziwiając krajobraz. Od czasu do czasu na jego suchym nosie przysiadała Elżbieta Bzycząca i dzieliła się z nim wrażeniami. A kiedy z niego sfruwała przystępowała do badania terenu na własny sposób, ignorując węch Porucznika Norki lub podlatywała do któregoś ze zwierząt i o coś wypytywała. Starała się jednak omijać Albina. W pewnym momencie zwierzęta zauważyły szeroką, polną ścieżkę, rozpościerającą się niedaleko ich trasy. Uznając to za znak wstąpiły na nią i szły dalej przed siebie. Słońce ospale przesuwało się po górze. Oświetlało wysoką trawę, która wciąż nie pozwalała na zmianę kierunku wędrówki. Czasami któreś ze zwierząt prosiło o postój. Zatrzymywali się więc na kilka chwil, oceniali długość przebytej drogi i próbowali wyliczyć trasę, jaka im jeszcze została. Za każdym razem były to jednak niedokładne pomiary, co jeszcze bardziej ich zasmucało. Szli więc wciąż przed siebie, coraz bardziej zmęczeni i coraz bardziej zniechęceni. W końcu zaczęli się nawet obawiać, że miejsce, do którego zmierzają w ogóle nie istnieje, a oni sami idą w nieznanym kierunku, niepotrzebnie oddalając się od swych domów. Smutne myśli tak ich zajęły, iż nie zauważyli, że trawa, która rosła wokoło zmieniła się w ogród.
E… nie chce mi się dalej iść… -jęknął zmordowany Albin, wynurzając się z zarośli.
Niech pan nie przesadza! –pisnął zdenerwowany Porucznik –Z nas wszystkich idzie pan najkrócej! Nie powinien pan być zmęczony!
Ale jestem! –zawołał Albin, a potem padł na trawę.
Zwierzęta przystanęły. Porucznik i Eugeniusz próbowali podnieść Albina, ale im również zabrakło sił. Przysiedli więc obok niego i zaczęli rozglądać się dookoła.
Ojej! –kwiknęła nagle Augustynka –Jak tu pięknie!
Masz rację! –przyznał Eugeniusz i zaczął wpatrywać się w rozległą, ukwieconą łąkę –Mógłbym tu zostać na zawsze…
Coś podobnego! Doprawdy! –zawołała Elżbieta, wylatując z niedźwiedziego ucha, w którym schroniła się przed słońcem –O czym mówicie?
No spójrz tylko, Elżbieto! –kwiknęła znowu Świnka.
O… -bzyknęła Mucha, rozglądając się na boki –W rzeczy samej…! Niedźwiedziu, widzisz to, co ja?
No… widzę… -przytaknął Niedźwiedź i przetarł łapami oczy.
Nie tak szybko, drodzy państwo! –zapiszczał Porucznik, nie tracąc przytomności umysłu –Nic nie wiemy o tym terenie!
Właśnie! –przyznał Albin –Nie wiadomo, czy tu można zrobić karierę!
Ale takie rzeczy się czuję… -powiedziała rozmarzona Augustynka.
Zwierzęta zaczęły pewniej rozglądać się po okolicy.
O! –zawołał Albin –Jest sadzawka!
Jaka błękitna! –ćwierknął Eugeniusz.
Hm… -bzyknęła Elżbieta, podfruwając pod owocowe drzewa –Wszystko jadalne!
Naprawdę? –zapytał Niedźwiedź –Bo, szczerze mówiąc od dawna nic nie jadłem…
Czekaj, zaraz ci coś zerwę! –zawołała Mucha i pofrunęła w kierunku ogromnej jabłoni.
Niedźwiedź poczłapał ku siłującej się z jabłkiem Elżbiecie i zerwał owoc tak, by nie widziała, że to zrobił.
Dziękuję, Elżbieto –mruknął.
Doprawdy! Nie ma za co! –bzyknęła i skromnie machnęła odnóżem.
Hej! –zawołał Eugeniusz –Patrzcie, jaki niesamowity las!
Ojej! –kwiknęła Augustynka –Rzeczywiście!
Czy on wam czasem z boku nie przypomina bobra?
Ach tak! –pisnął Porucznik –Jakie to niezwykłe!
Nagle zwierzęta poczuły się tak, jakby były na tym miejscu, o które im chodziło.
Ja to bym tu nawet mógł zostać –stwierdził po chwili Albin, przyglądając się sadzawce.
Mnie też się podoba to miejsce –kwiknęła Augustynka –Tak tu cicho i spokojnie…
Bardzo rodzinnie! –zauważył Eugeniusz.
I jakoś tak domowo… -dodał Porucznik.
Hm… nie wiem, jak wy, ale ja myślę, że mógłbym tu znaleźć miejsce na idealne samobójstwo –mruknął
Niedźwiedź.
A ja na zrobienie kariery –przyznał Albin, wciąż wpatrując się w sadzawkę.
Doprawdy! Nie ma co wątpić! –zabzyczała Mucha i usiadła na niedźwiedzim nosie –Zostajemy!
Uśmiechnięte słońce znikło za horyzontem, pozostawiając za sobą różowe chmury. Zwierzęta zaczęły przygotowywać się do snu. Pełne nowej nadziei spoglądały na ciemniejące niebo. Porucznik Norka, rozparty wygodnie na niedźwiedzim brzuchu głośno liczył gwiazdy. Eugeniusz i Albin podśpiewywali sobie wesoło, zajęci wieczorną toaletą w sadzawce. Augustynka przysiadła nad brzegiem łąki, wypatrując księżyca. Elżbieta przeczesywała małą gałązką sierść Niedźwiedzia w miejscu, gdzie zwykle zasypiała, by spulchnić ją i nadać jej jedwabistości. Niedźwiedź Odrobinka, zadowolony ze swej użyteczności leżał spokojnie i pochrapywał. Nagle jedna gwiazda odłączyła się od nieba i skoczyła ku ziemi.
O, spójrzcie! Spadająca gwiazda! –zawołała radośnie Augustynka –Szybko! Niech każdy pomyśli sobie życzenie!